Niewspółmierność. Studium przypadku: kontrowersja ewolucjonizm-kreacjonizm
Od kilkudziesięciu lat istnieje we współczesnej filozofii nauki mocny nurt kwestionujący ciągłość rozwoju nauki, przynajmniej w pewnych aspektach. Czołowymi przedstawicielami tego nurtu byli Paul K. Feyerabend oraz Thomas S. Kuhn, którzy głosili tzw. tezę o niewspółmierności.
Termin "niewspółmierność" został zapożyczony z matematyki. Przekątna kwadratu jest niewspółmierna z bokiem tego kwadratu, podobnie długość okręgu z jego promieniem, co znaczy, że nie istnieje jednostka długości, przy pomocy której można by zmierzyć obie te długości bezpośrednio i dokładnie. Żadna jednostka długości nie mieści się w nich bez reszty całkowitą ilość razy — czyli nie mają one wspólnej miary. Nie znaczy to jednak, że są one nieporównywalne — można je bowiem mierzyć i porównywać z każdą zadaną dokładnością. Termin "niewspółmierność" zastosowany do teorii naukowych funkcjonuje metaforycznie. [1] Terminu "niewspółmierność" w sensie filozoficznym użył po raz pierwszy Ludwik Fleck. [2] Należy też zauważyć, że przed Feyerabendem i Kuhnem tezę o niewspółmierności (a raczej pewne jej wersje), nie nazywając jej tak, głosił Kazimierz Ajdukiewicz, a później Benjamin Lee Whorf.
Kuhn i Feyerabend zaprzeczali poglądowi rozpowszechnionemu wśród pozytywistów i szeregowych pracowników nauki, że współczesne teorie naukowe są bardziej racjonalne (pozbawione przesądów), bardziej wiarygodne (oparte na większej ilości obserwacji), szersze (obejmujące większy zakres zjawisk) i głębsze (wyjaśniające badany fragment świata przez mniejszą ilość bardziej podstawowych zasad), niż teorie niegdyś utrzymywane, a dziś odrzucone. Ich zdaniem w historii nauki występują przypadki, kiedy rywalizujące teorie, bądź też teorie po sobie następujące, są niewspółmierne — są w pewnym sensie różne, odmienne, nieporównywalne. Jest to wyraźne odejście od tradycyjnego poglądu, według którego teorie nowoformułowane nie mogą być niezgodne z teoriami poprzednio utrzymywanymi. Należy mocno podkreślić, że problematyczność poglądu Kuhna wywodzi się stąd, że teza o niewspółmierności dotyczy tzw. teorii alternatywnych. Nie ma wątpliwości, że mogą być niewspółmierne teorie nie rywalizujące ze sobą.
W obszernych omówieniach tezy o niewspółmierności [3] wyróżniłem kilka płaszczyzn niewspółmierności, o jakich się dyskutuje w filozofii nauki. Poniżej omówię je na przykładzie kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm, jaka trwa na pograniczu nauki i pseudonauki. Będę więc uzasadniał przeciwne stanowisko do tego, jakie usiłuje uzasadnić wielu kreacjonistów, którzy twierdzą, że teoria ewolucji i naukowy kreacjonizm (zwany czasami teorią inteligentnego projektu) są teoriami tego samego typu. [4] Moim zdaniem są to ujęcia niewspółmierne na przynajmniej trzech płaszczyznach: językowej, metodologicznej i ontologicznej.
Niewspółmierność językowa
Podobnie jak Kuhn, współcześni ewolucjoniści podkreślają wszystko przenikający charakter paradygmatu ewolucyjnego. Znany i często powtarzany jest w ich kręgach zwrot, będący tytułem artykułu Dobzhansky'ego: "Nic w biologii nie ma sensu, jeśli nie zostanie zinterpretowane w świetle ewolucji". [5] Jeśli tak istotnie jest, to biolog ewolucyjny musi napotkać na trudności w porozumiewaniu się z kreacjonistami.
Trudności komunikacyjne ujawniają się już przy definiowaniu przeciwnych stanowisk. Sam Darwin używał terminu "stworzenie" w znaczeniu "pojawienie się na mocy zupełnie nieznanego procesu". [6] Sama definicja ujawniała już wyższość ewolucjonizmu (ewolucjonizm mówi, jak powstało życie, kreacjonizm zaś tego nie potrafi powiedzieć).
Również definicja ewolucjonizmu prowadzi do trudności we wzajemnym porozumiewaniu się i wzajemnej krytyce. Przede wszystkim istnieje wiele różnych definicji ewolucji i ewolucjonizmu.
Rozmaitość definicji ewolucji
W ciągu stu lat od czasu powstania darwinizmu pojęcie ewolucji
stosowano nie tylko do świata ożywionego, lecz również do
nieożywionego. Mówimy więc o ewolucji całego Wszechświata, Układu
Słonecznego i Ziemi, oprócz ewolucji organizmów ją zasiedlających.
(...) Pochodzenie życia najlepiej można wyjaśnić jako rezultat
przedkomórkowej ewolucji chemicznej, która zachodziła przez miliony
lat. Mówimy też o społecznej czy kulturowej ewolucji.
[7]
W ciągu stu lat od czasu powstania darwinizmu pojęcie ewolucji stosowano nie tylko do świata ożywionego, lecz również do nieożywionego. Mówimy więc o ewolucji całego Wszechświata, Układu Słonecznego i Ziemi, oprócz ewolucji organizmów ją zasiedlających. (...) Pochodzenie życia najlepiej można wyjaśnić jako rezultat przedkomórkowej ewolucji chemicznej, która zachodziła przez miliony lat. Mówimy też o społecznej czy kulturowej ewolucji. [7]
Podobnie wypowiadał się inny czołowy ewolucjonista, Ernst Mayr:
Obraz świata dzisiejszego człowieka zdominowany jest przez wiedzę, że Wszechświat, gwiazdy, Ziemia i wszystkie byty ożywione ewoluowały w trakcie długiej historii, która nie została zaprogramowana czy z góry wyznaczona, historii ciągłej, stopniowej zmiany kształtowanej przez bardziej lub mniej kierunkowe procesy przyrodnicze zgodne z prawami fizyki. Ewolucja kosmiczna i ewolucja biologiczna mają wiele wspólnego. [8]
Uważam wbrew cytowanym wyżej niektórym ewolucjonistom, że stosowane w astronomii czy kosmologii pojęcie ewolucji różni się jednak znacznie od tego pojęcia stosowanego w biologii. W tej ostatniej poszczególne organizmy mają wydawać na świat potomstwo różne od siebie, w rezultacie czego po jakimś czasie i w sprzyjających warunkach powstają nowe gatunki. W astronomii, kiedy mówi się o ewolucji gwiazd, ma się na myśli w zasadzie losy pojedynczych gwiazd, na przykład przesuwanie się ich w miarę upływu czasu na diagramie Hertzsprunga-Russella, zmianę ich parametrów fizycznych, składu chemicznego itp. [9] Podobnie kiedy w kosmologii mówi się o ewolucji Wszechświata, ma się na myśli jeden Wszechświat, ten w którym żyjemy. Ewolucja w astronomii i kosmologii odpowiada więc zmianom zachodzącym w trakcie życia jednego organizmu biologicznego (rozwój płodowy, dzieciństwo, dojrzewanie, starość itp.), a takich zmian przecież kontrowersja ewolucjonizm-kreacjonizm nie dotyczy, bo nikt ich nie kwestionuje. I nie nazywa się ich ewolucją. [10] Przy tym sensie słowa "ewolucja" kreacjonistów nie można by nazywać antyewolucjonistami, a antyewolucjonizm jest istotną cechą kreacjonizmu.
Ewolucjoniści często określają ewolucję tak szeroko, że proces ten niemal traci swoją specyficzność. Tak zdefiniował ewolucję Michał Heller:
Jakiś układ podlega ewolucji, jeśli ulega zmianom i jeśli można sensownie określić kierunek tych zmian. [11]
Układ podlega ewolucji, jeżeli zmienia się i jeżeli zmiany te następują w pewnym stałym kierunku. [12]
Jeśli ma to być definicja projektująca, to — oczywiście — nie można jej nic, poza wprowadzaniem zamętu pojęciowego, zarzucić. Każdy ma prawo używać słów w dowolnym sensie, jeśli je wcześniej sprecyzuje — a Heller warunek ten spełnił. Jednak jeśli ma to być definicja sprawozdawcza, a wydaje się, że Heller chciał zdefiniować sens słowa "ewolucja" jak najmniej odbiegający od używanego, [13] to definicji tej przyjąć nie można, gdyż jest za szeroka. Losy pojedynczego organizmu, np. ludzkiego, spełniają definiens definicji Hellera, jednak nikt losów tych nie nazywa ewolucją. Być może szersze rozumienie ewolucji jest przydatne do pewnych celów, ale jest nieprzydatne przynajmniej dla celów tej książki — uniemożliwia bowiem nawet sformułowanie sporu będącego przedmiotem jej badań. Korzystając z propozycji Hellera można by przedstawić następująco definicję ewolucji typu biologicznego, ale nie ograniczonej tylko do biologii: "O ewolucji możemy mówić, jeśli jakiś układ ulega zmianom i wyłania z siebie inny układ, który także ulega zmianom i wyłania z siebie inny układ, który... itd. i jeśli można sensownie określić kierunek tych zmian".
Niektórzy ewolucjoniści definiują ewolucję nawet tak szeroko, że może obejmować zarówno ewolucję w ścisłym sensie, jak i ujęcie kreacjonistyczne. Porównajmy kilka wypowiedzi:
Nie wahamy się też odnosić terminu ewolucji do zjawisk nie związanych już z przyrodą w ścisłym znaczeniu tego słowa. Językoznawca stara się ewolucyjnie ujmować zagadnienia swojej specjalności, mówimy o ewolucji naszych zapatrywań na różne zagadnienia, możemy wreszcie mówić o ewolucji jakiejś maszyny czy ewolucji, jakiej np. uległa z czasem przeróbka określonego surowca. Pierwsze zegarki, auta, maszyny do pisania wyglądały inaczej niż obecne. Zmiany, jakim podlegały, odbywały się raczej stopniowo i mając przed sobą wszystkie kolejne modele, moglibyśmy łatwo zrekonstruować stopniowe zmiany, jakie wprowadzali konstruktorzy celem ulepszenia i sprawniejszego działania maszyny danego typu. [14]
Ewolucja samochodu Corvette. Wszystko ewoluuje w sensie "pochodzenia z modyfikacjami", czy będzie to polityka rządowa, religia, samochody sportowe czy organizmy. Rewolucyjna Corvette z włókna szklanego wyewoluowała z bardziej przyziemnych samochodowych przodków w 1953 roku (...). Inne przełomowe momenty w ewolucyjnym ulepszaniu Corvette obejmują model z 1962 roku (...), w którym oryginalną 102-calową odległość między osiami kół skrócono do 98 cali i wprowadzono nowy model Stingray, dwudrzwiowy z dachem; model z 1968 roku (...), poprzednik co do kształtu dzisiejszej Corvette, który pojawił się z możliwością usuwania dachu; a także model z 1978 roku wypuszczony z okazji srebrnej rocznicy (...), w szybkościowym stylu. Wersja dzisiejsza (...) kontynuuje stopniowe ulepszenia, które gromadziły się od 1953 roku. Istotne jest, że Corvette ewoluowała w procesie doboru działającym na odmiany, przynosząc rezultat w postaci serii form przejściowych, którego efekt końcowy jest raczej odmienny od punktu wyjściowego. Podobny proces kształtuje ewolucję organizmów. [15]
(...) ołówki mają za sobą bogatą ewolucję, poczynając od bardzo prymitywnych zaczątków, a zachodzące w nich przez stulecia zmiany miały dwa główne źródła: ludzką wyobraźnię i ludzkie doświadczenie. Obdarzeni wyobraźnią odkrywcy proponowali pewne ulepszenia i próbowali "wcielać je w życie". Zmiany, które naprawdę okazywały się korzystne, były selekcjonowane i stosowane, te które nie przynosiły pożytku, były zarzucane. W ten sposób ołówki ewoluowały dzięki współdziałaniu planu i selekcji, opartemu na kolejnych próbach i błędach. [16]
(...) Rybacy korzystający z haczyków zauważyli przy długotrwałym używaniu, że niektóre z nich spisywały się lepiej od innych przy połowach określonych gatunków ryb i w określonych okolicznościach. Ewolucja haczyków postępowała bez wątpienia poprzez ich selekcję. Te ich odmiany, które pozwalały złowić większą liczbę ryb, były chętniej wytwarzane (lub zamawiane) od tych, przy których połowy były niższe — i był to proces, który zachodził niezależnie od tego, czy był, czy też nie był, uświadomiony. Jeśli haczyk osadzony na 20-milimetrowym trzonku dawał lepsze rezultaty połowów od haczyka na trzonku 25-milimetrowym, selekcja działała na jego korzyść. [17]
Otóż tak się składa, że przykład "ewolucji" zegarków, aut, maszyn do pisania, ołówków i haczyków rybackich jest dokładną i używaną analogią dla koncepcji głoszonych przez rozmaite odmiany kreacjonistów. Autorzy wyżej cytowanych fragmentów wyraźnie mylą ewolucję z sukcesją. [18] Mając przed sobą wszystkie kolejne modele, moglibyśmy łatwo zrekonstruować ich sukcesję w czasie. Dla kreacjonistów nie jest to jeszcze stwierdzenie ewolucji, a już zupełnym nieporozumieniem jest dla nich nazywanie ewolucją dzieła rozumnych konstruktorów. W kołach kreacjonistycznych błąd ten nazywany jest "gafą Berry". [19]
W przeciwieństwie do autora pierwszego z wyżej cytowanych fragmentów nie waham się podjąć decyzji, by nie odnosić terminu "ewolucja" do procesów związanych z rozumnym projektowaniem i nie zachodzących wskutek jedynie naturalnych prawidłowości przyrodniczych.
Takie definiowanie ewolucji jak w powyższych cytatach powoduje, że kreacjonizm jest bardzo trudno przeciwstawić ewolucjonizmowi. Czemu bowiem sprzeciwiają się kreacjoniści? Przecież nie ewolucji, bo uznają pojawianie się kolejnych modeli samochodów, zegarków i maszyn do pisania. Może więc ewolucji biologicznej? Okazuje się, że też nie, a przynajmniej — że częściowo nie.
Gatunki a baraminy
Dzisiejszy kreacjonizm odrzuca zobowiązanie do statycznej koncepcji Wszechświata. W myśli Zachodu platońska koncepcja stabilności i trwałości przeważała nad koncepcją heraklitejską. Kreacjonizm został obciążony ideą świata statycznego w Średniowieczu, kiedy to Kościół zaakceptował biologię Arystotelesa nauczającego, że gatunki są wieczne. [20] Stało się to głównie za sprawą Tomasza z Akwinu, który przyswoił myśl grecką w swojej chrześcijańskiej filozofii. Odtąd trwałość i stabilność zaczęto identyfikować z ortodoksją chrześcijańską. "Do najtrwalszych elementów starego obrazu świata należy bez wątpienia idea niezmienności porządku świata i wszystkich istot stworzonych. Sądzono, że kosmos cechuje wszechogarniający i niezmienny porządek, któremu należy się bezwarunkowo podporządkować". [21] W nauce znaczyło to na przykład, że gatunki przyrodnicze są realizacją wiecznych i niezmiennych istot (esencji). Idea ta została w następnych stuleciach wzmocniona przez rozpowszechnioną koncepcję Wielkiego Łańcucha Bytu, która wymagała, by każde ogniwo w tym Łańcuchu było cały czas zajęte. [22]
Współczesny kreacjonizm dopuszcza zmienność wewnątrzgatunkową (czy dokładniej: wewnątrz stworzonego typu, wewnątrz baraminu). [23] Wyraźnie twierdzono to, zanim jeszcze Whitcomb i Morris swoją słynną w tych kręgach książką, The Genesis Flood, doprowadzili do odrodzenia kreacjonizmu:
W progresywnym kreacjonizmie może istnieć sporo radiacji horyzontalnej. Jej ilość należy określić na podstawie zapisu geologicznego i eksperymentów biologicznych. Nie ma jednak radiacji wertykalnej. Radiacja wertykalna dokonuje się jedynie na mocy stworzenia typu fiat. Z podstawowego gatunku może wyłonić się wiele gatunków w radiacji horyzontalnej, w procesie realizowania się potencjalności genetycznych czyli rekombinacji. Radiacja horyzontalna może wyjaśnić wiele z tego, co uchodzi obecnie za świadectwo na rzecz teorii ewolucji. W zapisie geologicznym występują luki, ponieważ postęp wertykalny zachodzi tylko poprzez stworzenie. [24]
Ale sam Morris pisał o tym jeszcze wcześniej:
Warto zauważyć w tym miejscu, że Biblia nie naucza trwałości gatunków (...). Tak więc jest prawdopodobne, że oryginalny "rodzaj" z Księgi Rodzaju jest ściśle spokrewniony z tym, co współcześni systematycy nazywają "rodziną". I powiedzmy bez żadnych niedomówień, że nie istnieje świadectwo empiryczne, iż kiedykolwiek zachodziła ewolucja ani by kiedykolwiek mogła zachodzić przekraczając granice [biblijnych] rodzajów. [25]
Kreacjoniści nie mają więc problemu z powstawaniem nowych gatunków, a nawet nowych rodzajów w sensie współczesnej taksonomii biologicznej.
Co więcej, kreacjoniści akceptują istnienie tak mutacji, jak i doboru naturalnego. Twierdzą nawet, że to oni pierwsi wymyślili ideę doboru naturalnego przed Darwinem (kreacjonista Edward Blyth w 1835 roku). [26] W ich ujęciu dobór naturalny jest odpowiedzialny za obserwowaną zmienność wewnątrzgatunkową dostosowującą stworzone typy do rozmaitych środowisk. Progresywny kreacjonista, Millard Erickson, tak pisze na temat tej zmienności:
Między (...) specjalnymi aktami stworzenia zachodził rozwój kanałami ewolucji. Na przykład jest możliwe, że Bóg stworzył pierwszy element rodziny koni, a różne gatunki tej rodziny rozwinęły się potem na drodze ewolucyjnej. Jest to "wewnątrzrodzajowy" rozwój (mikroewolucja), nie zaś rozwój "międzyrodzajowy". Jeśli bowiem chodzi o biblijne stwierdzenie, że Bóg uczynił każde stworzenie według rodzaju jego, to już zauważyliśmy, iż hebrajskie słowo "min" jest raczej wieloznaczne, a więc niekoniecznie musimy identyfikować je z gatunkiem w sensie biologicznym. Może ono mieć znacznie szerszy zakres. Ponadto istnieje znaczna ilość czasu umożliwiająca mikroewolucję, gdyż słowo "yom", które tłumaczy się jako "dzień", również może być swobodniej tłumaczone. [27]
Podobnie wypowiadają się kreacjoniści młodej Ziemi z tym, że zmienność wewnątrzrodzajową umiejscawiają nie między specjalnymi aktami stworzenia, ale po nich. Kreacjoniści negują "jedynie" rolę doboru jako czynnika sprawczego makroewolucji, powstawania nowych gatunków poprzez ekspansję puli genetycznej. Dodatek "poprzez ekspansję puli genetycznej" jest istotny, gdyż kreacjoniści akceptują nawet powstawanie nowych gatunków (odmian jakiegoś gatunku, które już się nie krzyżują), o ile gatunki te powstały wskutek redukcji oryginalnej puli genetycznej. [28] Kreacjoniści krytykują więc teorię doboru naturalnego, ale nie jako takiego, lecz jako — rzekomego ich zdaniem — czynnika makroewolucji.
Istotą sporu kreacjonizmu z ewolucjonizmem jest więc to, czy dobór naturalny ma charakter twórczy czy konserwujący. Przed Darwinem dobór naturalny uważano za czynnik zachowawczy, który usuwając organizmy słabe i zniekształcone, utrzymywał gatunek w zdrowiu i sile. "Wkładem Darwina było to, że zmienił on rozumienie walki o byt, czyniąc ją mechanizmem twórczym". [29] Według kreacjonistów dobór naturalny "działa, utrzymując rodzaje od wyginięcia, gdy zmienia się środowisko". [30] Jednak zdaniem ewolucjonistów "istota teorii Darwina leży w jego stwierdzeniu, że dobór naturalny jest twórczą siłą ewolucji — nie tylko wykonawcą wyroków na niedopasowanych. Selekcja naturalna musi także konstruować dopasowanych, musi ona stopniowo budować adaptacje (...)." [31] Dobór naturalny pełni także negatywną rolę eliminując niedopasowane jednostki. "Ale oczywiste jest, że dobór pełni także pozytywną i twórczą rolę". W tej ostatniej dobór jest "rozstrzygającym i ukierunkowującym procesem w stałej adaptacji". [32]
Niektórzy ewolucjoniści wydają się nietrafnie zakładać, że kreacjoniści są zmuszeni atakować istnienie doboru naturalnego (czy jego modyfikacji — doboru grupowego, krewniaczego itp.). Porównajmy w tej sprawie następujące twierdzenie:
teoria doboru naturalnego ma nieco inny status niż teorie z dziedziny nauk humanistycznych lub nauk stosowanych, ponieważ należy ona do dziedziny nauk ścisłych i niestosowanych, tak jak definiuje je John Ziman (Społeczeństwo nauki, PIW, Warszawa 1972). Oznacza to, że podobnie jak wiele innych teorii tego typu przyjęta ona została przez wszystkich poważnych i liczących się badaczy. Stąd biologowie nie bardzo przejmują się krytyką teorii ewolucji ze strony takich autorów (jak np. profesor Maciej Giertych), którzy nie podejmują tej krytyki na łamach poważnych czasopism naukowych, lecz odwołują się do szerokiej publiczności w, dajmy na to, Rycerzu Niepokalanej. [33]
Czasami niektórzy wypowiadający się na ten temat ewolucjoniści dochodzą do zbyt ogólnych wniosków jak na przesłanki, na których się opierają. Jan Kozłowski na przykład po omówieniu znanego przypadku tzw. melanizmu przemysłowego (na terenach przemysłowych stopniowo coraz liczniej występowały formy ciemne motyli, a coraz rzadziej formy jasne) tak konkludował:
Darwin doszedł do sformułowania teorii doboru naturalnego w oparciu o intuicję. Później wykazano w sposób dedukcyjny, że dobór naturalny musi działać, o ile spełnione są wymienione poprzednio warunki charakteryzujące populacje żywych organizmów. Wykazanie w sposób dedukcyjny, a więc w sposób, którym posługuje się matematyka, oznacza, że istnienie doboru naturalnego, głównego motoru ewolucji, można zanegować tylko poprzez wykazanie, że któreś z niezbędnych założeń nie jest spełnione. A wiemy przecież, że są one spełnione, czyli ewolucja drogą doboru naturalnego musi zachodzić. [34]
W opinii kreacjonistów należy jednak odróżniać zmiany mikroewolucyjne, wewnątrzgatunkowe (do których należy przykład omówiony przez Kozłowskiego), od zmian makroewolucyjnych, międzygatunkowych, prowadzących do powstania nowych gatunków.
Rozróżnienie to występuje w pismach samych ewolucjonistów. Terminy "makroewolucja" i "mikroewolucja" zostały ukute w 1927 roku przez rosyjskiego entomologa Jurija Filipczenkę w jego wydanym po niemiecku dziele Variabiliät und Variation, które było próbą pogodzenia genetyki mendlowskiej i ewolucjonizmu. Do angielskojęzycznej literatury wprowadził je Theodosius Dobzhansky w 1937 roku. [35]
Można powiedzieć, że ewolucja przebiega na wielu poziomach. Zapewne najważniejszy z nich to ten, na którym dobór naturalny rozstrzyga, że niektóre zygoty przekazują swe geny licznym osobnikom następnych pokoleń, inne pozostawiają potomstwo mniej liczne, a jeszcze inne giną bezpotomnie. Niżej od niego znajdą się zmiany w organizacji komórki, jak np. poliploidyzacja, a jeszcze niżej zdarzenia molekularne. Wszystkie te poziomy zalicza się zwykle do mikroewolucji. Do zagadnień makroewolucyjnych należą natomiast sposoby powstawania grup o nowych planach budowy i pojawianie się nowych przystosowań, rozważenie przyczyn, dla których pewne grupy systematyczne wyższe od gatunku wymierają, inne zaś trwają lub nawet rozradzają się obficie. Tutaj zaliczamy też takie problemy, jak np. równoczesność lub jej brak w wymieraniu lub w radiacjach ewolucyjnych, wpływ czynników geograficznych itp. [36]
Genetycy badają stopniowy wzrost częstości korzystnych genów w laboratoryjnych populacjach muszek owocówek. Przyrodnicy obserwują powolne zastępowanie ciem jasnych przez formy ciemne, w miarę jak zanieczyszczenia przemysłowe pokrywają drzewa w Wielkiej Brytanii. Ortodoksyjny neodarwinizm ekstrapoluje te równomierne i ciągłe przemiany na najbardziej zasadnicze zmiany strukturalne w historii życia: długą serią niedostrzegalnie stopniowanych stadiów pośrednich łączy się ptaki z gadami i ryby z ich przodkami bezszczękowcami. Makroewolucja (wielkie zmiany planu budowy) to tylko mikroewolucja (muszki w laboratorium) rozciągnięta w czasie. Skoro ciemne ćmy mogą zastąpić jasne w ciągu stulecia, to gady mogą się w ciągu kilku milionów lat zmienić w ptaki dzięki stopniowej kumulacji niezliczonych drobnych zmian. Zmiany częstości występowania genów w lokalnych populacjach dostarczają właściwego modelu dla wszystkich procesów ewolucyjnych — tak w każdym razie twierdzi współczesna ortodoksja. [37]
Mikroewolucja: "Ewolucja na poziomie gatunku i poniżej tego poziomu".
Makroewolucja: "Ewolucja powyżej poziomu gatunku; ewolucja wyższych jednostek taksonomicznych i tworzenie ewolucyjnych nowości w rodzaju nowych struktur". [38]
Carroll twierdzi, że rozróżnienie między tymi procesami istnieje od dawna i że stale sugerowano, iż za zdarzenia makroewolucyjne odpowiedzialne są czynniki nieobecne na poziomie gatunkowym. [39] Makroewolucji Carroll poświęca kilka stron ostatniego rozdziału [40] i twierdzi tam między innymi, że w makroewolucji można rozpoznać trzy różne aspekty: pochodzenie i radiację większych grup taksonomicznych, ewolucję odrębnych nowych struktur lub procesów fizjologicznych oraz większe zmiany adaptacyjne. [41]
Podobne rozróżnienie, subspecjacji i transspecjacji wprowadzili cytowani już T. Dobzhansky, F. Ayala, G. Stebbins i J. Valentine. [42] Subspecjacja jest w istocie zmiennością wewnątrzgatunkową, a transspecjacja jest zmianą od jednego gatunku do innego.
Kreacjoniści kwestionują jedynie ten ostatni rodzaj zmian, akceptując (jakżeby mogło być inaczej?) pierwszy. [43] Nie negują więc istnienia doboru naturalnego jako takiego. Ograniczają tylko jego działanie do zmian wewnątrzgatunkowych kwestionując to, by był on — jak mówi Kozłowski — "głównym motorem [makro]ewolucji". W przykładzie melanizmu przemysłowego nie powstał nowy gatunek, ani nawet jego ciemna odmiana. Była ona zawsze obecna. Zmienił się jedynie jej procentowy udział w populacji motyli na omawianym terenie.
Porównajmy następującą wypowiedź w tej sprawie:
Eksperymenty pokazują wpływ drapieżnego stylu życia na przetrwanie ciemnej i normalnej formy Ćmy Pieprzowej w czystym środowisku i w zanieczyszczonym przez dym. Eksperymenty te pięknie pokazują dobór naturalny — bądź przetrwanie najlepiej dopasowanych — w działaniu, ale nie pokazują one występowania ewolucji, gdyż jakkolwiek populacje mogą zmieniać swoją zawartość jasnych, pośrednich lub ciemnych form, to wszystkie ćmy pozostają od początku do końca gatunkiem Biston betularia. [44]
Trzeba jednak pamiętać, że wielu ewolucjonistów, choć odróżnia mikro- i makroewolucję, ma przynajmniej skłonność uważać, że przejście między tymi odmianami ewolucji jest płynne, a nawet że makroewolucja jest ekstrapolacją mikroewolucji. [45] Niektórzy jednak nie są tego pewni, [46] a nieliczni odrzucają łączenie mikro- i makroewolucji. [47]
Argumentując za stałością biologiczną na pewnym poziomie taksonomicznym, kreacjoniści odwołują się do danych eksperymentalnych. [48]
Wszystkie modyfikacje teorii doboru naturalnego — dobór grupowy Wynne-Edwardsa, [49] dobór krewniaczy Hamiltona [50] czy tzw. strategie ewolucyjnie stabilne [51] — pasują do kreacjonistycznej aparatury pojęciowej, gdyż dotyczą pojawiania się pewnych cech u już istniejących gatunków.
Dziś kreacjoniści uważają, że dawny kreacjonistyczny pogląd, iż świat organiczny jest niezmienny, był rezultatem wpływu pewnej filozofii, a nie egzegezy Biblii. Zasadnicze dane biblijne to pierwszy rozdział Księgi Rodzaju, gdzie Bóg stale powtarzał, że stworzył organizmy, by się rozmnażały "według ich rodzaju". Chociaż zwrot ten implikuje ciągłość wewnątrz stworzonych "rodzajów" [52] od jednego pokolenia do drugiego, to nie wyklucza w ogóle jakiejkolwiek zmiany. Wygląda na to, że zdaniem kreacjonistów "rodzaje" nie mogą się krzyżować, ale wewnątrz "rodzajów" może istnieć prawdziwa eksplozja zmienności, czego przykładem jest różnorodność ras w ramach gatunku psa. [53] W ten sposób kreacjoniści bronią m.in. sensowności opowieści o arce Noego — nie musieli się na niej zmieścić przedstawiciele 10 milionów gatunków. [54]
Wróćmy jednak do sprawy określenia stanowiska kreacjonistycznego wobec poglądów ewolucjonistów. Kreacjoniści, jak już stwierdziliśmy, akceptują (w pewnych granicach) działanie doboru naturalnego. Przyjmują też zmienność wewnątrzgatunkową, subspecjację. Czy można wobec tego powiedzieć, że kreacjonizm jest negacją tej części ewolucjonizmu, która mówi o makroewolucji, transspecjacji? Okazuje się, że nadal nie, choć takie określenie jest adekwatniejsze niż zwykła negacja ewolucjonizmu.
Kreacjoniści nie głoszą osobnego stworzenia wszystkich istniejących gatunków — mówią, i to od dawna, [55] o stworzeniu większych jednostek taksonomicznych. [56] Używają, zapożyczając terminologię biblijną, terminu "rodzaj". Antykreacjoniści argumentowali jednak, że termin ten jest dwuznaczny i źle zdefiniowany. [57] Utożsamiali oni te rodzaje z gatunkami i używając współczesnej definicji gatunku, wskazywali na przykłady, w których gatunek wyewoluował w nowy oddzielny gatunek — uważając to za sprzeczne z teorią kreacjonistyczną. Kreacjoniści zastrzegają się więc, że termin "rodzaj", przez nich używany, nie jest tożsamy znaczeniowo i zakresowo z tym samym terminem znanym ze współczesnej biologii. Niektórzy z nich używają terminu "typ" [58] , "podstawowy typ" [59] lub "prototyp", [60] a jeszcze inni — by ustrzec się nieporozumień — wprowadzają odrębny termin "baramin" pochodzący z połączenia dwu hebrajskich słów występujących w Księdze Rodzaju (bara — stworzony oraz min — rodzaj). Termin "baramin" został ukuty przez Franka L. Marsha w 1941 roku. [61]
Oto próba zdefiniowania tego pojęcia na podstawie cytowanej literatury przedmiotu:
BARAMIN — (z hebr. bara — stworzony oraz min — rodzaj) stworzony rodzaj, podstawowa jednostka taksonomiczna naukowego kreacjonizmu. Baramin składa się z takich podjednostek o podobnych drogach rozwojowych, ze możliwe są między nimi więzi polegające na hybrydyzacji. Nie znaczy to, że A może krzyżować się naraz z B, C, D, E itd., lecz że A może krzyżować się z B, które z kolei powiązane jest w ten sposób z C itd. Gatunki, rodzaje, rodziny itd. są terminami wprowadzonymi przez człowieka do opisania grup biologicznych. Są to pojęcia nieostre. Co jest gatunkiem na przykład, zależy od taksonomisty, dokonującego klasyfikacji świata ożywionego. Oprócz indywidualnych tendencji taksonomisty do scalania lub rozdzielania, ma on jeszcze odmienne preferencje wagi rozmaitych typów dostępnych danych, co też może wpływać na kształt klasyfikacji. Podobnie nieostra jest dawna definicja gatunku jako populacji krzyżującej się i dającej płodne potomstwo. Hybrydyzacja zachodzi między gatunkami i między rodzajami.
Pojęcie baraminu jest próbą wprowadzenia obiektywności do taksonomii. Można empirycznie wyznaczać granice między baraminami. Wydaje się, że zakres tego pojęcia leży między zakresami pojęcia rodzaju i rodziny z tradycyjnej terminologii biologicznej.
Według teistycznych i ateistycznych ewolucjonistów pojęcie baraminu nie ma większego sensu, gdyż organizmy w historii życia na Ziemi przekształcały się jedne z drugich w sposób ciągły i dlatego wyróżnianie rozmaitych poziomów taksonomicznych jest do pewnego stopnia konwencjonalne.
Wewnątrz baraminu może i zachodzi zmienność (wskutek mutacji i rekombinacji), działa też dobór naturalny, w rezultacie czego powstają odmiany czy rasy, często błędnie przez ewolucjonistów nazywane gatunkami lub nawet rodzajami.
Spotykane w literaturze kreacjonistycznej pojęcie baraminu nie jest precyzyjne, ale odpowiadające mu pojęcie gatunku w biologii głównego nurtu cierpi na podobne braki. [62]
Kreacjoniści i ewolucjoniści mogą używać rozmaitych nazw jednostek taksonomicznych, jednak ich zaplecze teoretyczne powoduje, że do pewnego stopnia inaczej je rozumieją. Dla kreacjonistów przynajmniej niektóre jednostki taksonomiczne mają obiektywny charakter (np. baramin) i postulują oni empiryczne wyznaczanie ich zakresów. [63] Ewolucjoniści zaś z natury rzeczy wyznaczanie wszystkich jednostek taksonomicznych uważają za sprawę konwencji. Z tej różnicy doskonale zdawał sobie sprawę na przykład Darwin:
Jeśli poglądy wypowiedziane przeze mnie w dziele niniejszym (...) zostaną powszechnie przyjęte, można się spodziewać, że w historii naturalnej nastąpi wielki przewrót. Systematycy będą mogli się nadal oddawać swym pracom, nie dręcząc się widmem wątpliwości, czy ta lub owa forma przedstawia rzeczywisty gatunek. Stanowić to będzie, a mówię z własnego doświadczenia, niemałą ulgę. Ustanie wreszcie dysputa nad tym, czy pięćdziesiąt angielskich gatunków maliny stanowi rzeczywiście odrębne gatunki. Systematycy będą musieli tylko rozstrzygać (co wcale jednak nie jest łatwe), czy pewna forma jest dosyć stała lub dosyć różna od innych form, aby mogła być ściśle określona, jeśli zaś tak jest, to czy różnice są dostatecznie ważne, aby zasługiwała na nazwę gatunku. (...) przynajmniej będziemy zwolnieni od daremnych poszukiwań nieznanej i niemożliwej do odkrycia istoty terminu "gatunek". [64]
Ponieważ kreacjoniści kwestionują ewolucyjne przejścia od jednego baraminu do drugiego, a sam baramin nie ma jednoznacznego odpowiednika w ewolucyjnej taksonomii (raz jest rodzajem, raz rodziną, a czasami nawet może być po prostu gatunkiem), trudno ich poglądy oddać w tradycyjnej terminologii biologów ewolucyjnych. Należy więc doprecyzować wypowiedziane kilka stron wcześniej twierdzenie, że kreacjoniści akceptują mikroewolucję, a kwestionują makroewolucję. Jeśli tę ostatnią rozumie się jako wszelkie zmiany zachodzące powyżej poziomu gatunku, to okazuje się, że niektóre z tych zmian kreacjoniści akceptują. Ewolucjonistyczna para pojęć, "mikro- i makroewolucja", nie jest odpowiednia do dokładnego oddania poglądów kreacjonistów. [65] Trafna jest więc Feyerabendowska charakterystyka niewspółmiernych paradygmatów: "używają pojęć, które nie stoją w zwykłych logicznych relacjach podrzędności, wykluczania, krzyżowania". [66] W poprzednich swoich analizach pogląd ten skomentowałem następująco: "Opinia Feyerabenda, że niektóre pojęcia niewspółmiernych paradygmatów nie stoją w żadnej logicznej relacji, jest wątpliwa. Przynajmniej relacja wykluczania się wydaje się być w sam raz w stosunku do najbardziej 'opornych' wobec analizy pojęć". [67] Analizowany obecnie przykład kontrowersji ewolucjonizm-kreacjonizm pokazuje jednak, że Feyerabend miał rację.
Ewolucja a pochodzenie od wspólnego przodka
Standardowa literatura naukowa definiuje ewolucję biologiczną tak, że obejmuje ona pochodzenie wszystkich roślin i zwierząt od wspólnego przodka. [68]
W literaturze przedmiotu słusznie wskazuje się, że taka definicja jest niewystarczająca:
Przypuśćmy, że współczesna teoria ewolucji ma tak mocno wbudowany mechanizm ślepego przypadku, że po prostu nie ma sposobu pogodzenia jej z jakimkolwiek rodzajem Boskiego kierownictwa. A jednak nadal teiści mogliby odrzucać tę teorię ewolucji i przyjmować zamiast niej teorię, wedle której procesy i prawa przyrodnicze stanowią mechanizm większości procesu ewolucyjnego, ale od czasu do czasu Bóg ograniczał te prawa i wprowadzał jakąś kluczową mutację w trakcie wydarzeń. Nawet gdyby Bóg miał interweniować bezpośrednio, zawieszając prawa przyrody i wprowadzając istotny nowy materiał genetyczny w różnych momentach, by doprowadzić do wyłonienia się nowych cech i w końcu nowych gatunków, to ta cudowna i opracowana Boska interwencja nie naruszyłaby sama w sobie takich kluczowych tez teorii ewolucji jak ta, że wszystkie gatunki pochodzą ostatecznie od jakiegoś wspólnego przodka. Pochodzenie z genetyczną interwencją jest nadal pochodzeniem — jest to po prostu pochodzenie z nieprzyrodniczymi elementami. [69]
Pochodzenie od wspólnego przodka nie jest ani konieczne, ani wystarczające, by uznać jakiś proces za ewolucję. Istnieją nieewolucjoniści, którzy wierzą w pochodzenie od wspólnego przodka (Michael Behe, David Wilcox), ale istnieją też ewolucjoniści, którzy nie wierzą w takie pochodzenie (np. G.A. Kerkut, C. Schwabe i G. Warr). Denton wskazuje, że pochodzenie od wspólnego przodka jest zgodne z niemal każdą filozofią przyrody, także i z kreacjonizmem:
Prawdą jest, że zarówno podobieństwo homologiczne z prawdziwego zdarzenia, to jest takie, gdzie zjawisko to ma jasną genetyczną i embriologiczną podstawę (co, jak wyżej widzieliśmy, jest dużo mniej powszechne, niż to się często zakłada), oraz hierarchiczne wzorce relacji klas sugerują pewien rodzaj teorii pochodzenia. Ale żadne z nich nie mówi nam niczego na temat, jak to pochodzenie czy ewolucja mogła zachodzić, czy proces ten był stopniowy, czy nagły, albo czy mechanizm kauzalny był darwinowski, lamarckowski, witalistyczny czy nawet kreacjonistyczny. Taka teoria pochodzenia jest dlatego pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia i w równym stopniu zgodna z niemal każdą filozofią przyrody. [70]
Wilcox zwrócił uwagę, że o pochodzeniu od wspólnego przodka wiedziano i przed Darwinem, a zasługą tego ostatniego było wskazanie przyrodniczego, materialnego źródła dla różnicowania się świata ożywionego:
Artykuł ten dotyczy struktury biologicznej, a nie związku jej z biologicznym pochodzeniem. Świadectwo na rzecz strukturalnej różnicy/pochodzenia nie stanowi świadectwa na rzecz mechanizmu, przy pomocy którego zachodziła transformacja strukturalna. Dlatego te rodzaje świadectwa empirycznego, które po prostu wskazują na związek i pochodzenie od wspólnego przodka (np. dane zegara molekularnego, sekwencje kopalne, powiązania chromosomowe i inne pomiary podobieństwa) nie są ważne dla tej kwestii, o ile nie wskazują na naturę mechanizmu stwórczego, który produkował nowość w trakcie tego pochodzenia. Świadectwo na rzecz pochodzenia nie implikuje posiadania wiedzy o morfogenetycznych mechanizmach zdolnych wyprodukować nowość. Być może lepiej to rozumiano w dziewiętnastym stuleciu, niż obecnie (Muller i Wagner 1991). I rzeczywiście, do 1850 roku niemal wszyscy badacze akceptowali pochodzenie od wspólnego przodka (Gillespie 1979; Desmond 1989). Wyjątkową implikacją teorii Darwina było dlatego nie pochodzenie, ale sugestia, że źródło porządku biotycznego należy znajdować w porządku przyrodniczym (materialnym). [71]
Zastanawiając się nad powstawaniem gatunków pojmiemy łatwo, że przyrodnik, który bada wzajemne powinowactwo istot organicznych, ich stosunki w okresie zarodkowym, ich rozmieszczenie geograficzne, ich geologiczne następstwo i inne podobne fakty, dojść może do wniosku, że gatunki nie zostały stworzone oddzielne, ale, tak jak odmiany, powstały z innych gatunków. Wniosek ten jednak, choćby nawet dobrze uzasadniony, nie wystarczy jeszcze, dopóki nie zostanie wykazane, w jaki sposób niezliczone gatunki zamieszkujące powierzchnię ziemi zostały tak przekształcone, iż uzyskały ową doskonałość budowy i przystosowania, które słusznie budzą w nas podziw. [72]
Niewspółmierność metodologiczna
Spór o kryterium demarkacji (rys historyczny)
W historii refleksji nad nauką proponowano wiele kryteriów demarkacji nauki od nienauki (czasami węziej: nauki od pseudonauki lub nauki od metafizyki). Przez ponad dwa tysiące lat akceptowano propozycje Arystotelesa, który przedstawił dwa kryteria demarkacji. Przy pomocy pierwszego chciał odróżnić wiedzę wartościową (episteme) od mniemania (doksa). Wiedza dotyczyła przyczyn, polegała na logicznym dowodzeniu twierdzeń, rozpoznawała uniwersalia w konkretnych rzeczach i charakteryzowała się apodyktyczną pewnością. Ostatnia cecha była najbardziej charakterystyczna. Jej konsekwencją była nieomylność i niezmienność wiedzy. Drugie kryterium demarkacji przedstawione przez Arystotelesa miało na celu odróżnianie wiedzy od rzemiosła lub umiejętności (techne). Pierwsza była wiedzą-dlaczego; uczony wyjaśniał, dlaczego rzeczy mają się tak, jak się mają, przez wyprowadzenie z pierwszych zasad przyczyn owego zachowywania się. W przeciwieństwie do uczonego lekarz lub inżynier dysponował wiedzą-jak; potrafił sprawnie doprowadzić do pewnego stanu rzeczy (np. zbudować statek), lecz nie potrzebował przy tym przeprowadzać rozumowania sylogistyczne oparte na pierwszych zasadach.
W XVII stuleciu zanotowano pierwsze odejście od arystotelesowskiego rozumienia nauki. Utrzymano pierwsze rozumienie wiedzy (jej główną cechą miała być pewność), ale odrzucono drugie. Ani Galileusz, ani Newton dla przykładu nie uważali, że brak oparcia ich koncepcji na pierwszych przyczynach dyskwalifikuje je. Newton nie wiedział, dlaczego działa siła grawitacji, wiedział jednak, jak ona działa, i wiedzę tę uważał za naukową, gdyż (jego zdaniem) jako wyprowadzona wprost ze zjawisk była pewna.
Blisko dwieście lat później zakwestionowano tę pozostałość arystotelizmu. Fallibilistycznie nastawieni uczeni uznali, że nie ma różnicy między wiedzą a mniemaniem. Skoro wszystkie twierdzenia naukowe są omylne, to wszystkie one są tylko mniemaniem. Jednak domysły naukowe różnią się od domysłów nienaukowych. Naukę od nienauki różni sposób jej otrzymywania czyli metodologia, która choć zawodna była lepsza od sposobów nienaukowego dochodzenia do twierdzeń. Dziewiętnastowieczni filozofowie i uczeni nie potrafili jednak dojść do porozumienia, jakie metody odróżniają naukę od nienauki. Jedną z propozycji była idea, przyjęta później przez Darwina, by ograniczyć stosowanie teorii do bytów obserwowalnych (charakterystyczny zwrot: vera causa). Inne propozycje odwoływały się na przykład do postępowania indukcyjnego (Herschel, Mill) lub do wyprowadzania trafnych przewidywań. Ale i tak, co wykazano później (np. Pierre Duhem [73]), ideologia owych rzekomo naukowych metod i praktykowanie nauki miały ze sobą niewiele wspólnego.
Dwudziestowieczne propozycje kryterium demarkacji zapoczątkowali neopozytywiści z Koła Wiedeńskiego. Twierdzenia pretendujące do naukowości podzielili oni (za Kantem) na analityczne i syntetyczne, a na podział ten nałożyli drugi, swój własny, twierdzeń sensownych i bezsensownych. Twierdzenia analityczne (twierdzenia logiki i matematyki), których wartość logiczną można było ustalić już tylko na podstawie analizy znaczeń słów składowych, nie dotyczyły rzeczywistości. O tej mówiły jedynie twierdzenia syntetyczne, których prawdziwość lub fałszywość można było określić dopiero na podstawie doświadczenia. Twierdzenia analityczne i część twierdzeń syntetycznych uznali za sensowne. Pozostałą część twierdzeń syntetycznych uważali za bezsensowną i nazywali metafizyką. Nauka empiryczna w ich ujęciu odgraniczona była więc dwustronnie od nienauki: z jednej strony od logiki i matematyki, a z drugiej od metafizyki. Ponieważ oddzielenie nauki od logiki i matematyki uważano za względnie nieproblematyczne, [74] koncentrowano się na precyzyjnym rozdzieleniu nauki i metafizyki. Do tego celu służyły rozmaite kryteria sensowności. Proponowane przez logicznych pozytywistów kryteria sensowności można więc utożsamiać z kryteriami demarkacji, gdyż rozwiązywany przez nich problemu sensowności twierdzeń w praktyce można uznać za jednoczesne rozwiązanie problemu demarkacji, przynajmniej częściowo.
Pierwszym zaproponowanym kryterium była empiryczna weryfikowalność. Dowolne zdanie syntetyczne było sensowne (a każde naukowe musiało być sensowne), [75] jeśli można było empirycznie wykazać jego prawdziwość. Tak rozumianemu kryterium stawiano wiele zarzutów. Główne z nich — te, które spowodowały, że neopozytywiści zaproponowali nowe kryterium — to zarzut Ingardena, że samo kryterium jako empirycznie nieweryfikowalne jest bezsensowne, oraz spostrzeżenie, że zdania ściśle uniwersalne, na przykład prawa nauki, jako zdania odnoszące się do nieskończenie wielu jednostkowych przypadków nie są do końca empirycznie weryfikowalne. Kryterium empirycznej weryfikowalności okazało się zbyt restryktywne. Wprawdzie eliminuje ono wszystkie znane twierdzenia metafizyczne, ale wyrzuca poza nawias nauki twierdzenia powszechnie uważane za naukowe.
Kryterium empirycznej konfirmowalności było próbą uniknięcia kłopotów, z jakimi zetknęła się wcześniejsza propozycja. Od twierdzenia naukowego nie wymagano tu, by można je było zweryfikować; wystarczało, jeśli można było je potwierdzić, tzn. zweryfikować niektóre z jego konsekwencji. W przeciwieństwie do weryfikowalności, konfirmowalność jest stopniowalna. Konfirmacja całkowita, stuprocentowa, jest weryfikacją. Stopień konfirmacji logiczni pozytywiści utożsamiali ze stopniem prawdopodobieństwa.
Jak i poprzednie kryterium to spotkało się z szeregiem zarzutów. Wskazywano, że pojęcie konfirmacji jest metodologicznie podejrzane, gdyż prowadzi do kilku paradoksów (czarnych kruków, dopasowywania krzywej i ziebieski-nielony). Popper zaś zauważył, że stopień prawdopodobieństwa (czyli też stopień konfirmacji) każdego zdania ściśle uniwersalnego jest równy zeru. Ponadto wysunął przeciwko konfirmacjonizmowi zarzut, który można by nazwać etycznym, dotyczył bowiem etyki uczonego. Zdaniem Poppera uczeni, którzy przyjmą pogląd, że teoria jest tym bardziej wartościowa, im lepiej jest potwierdzona, będą koncentrować swoje wysiłki na znajdowaniu jedynie tych przypadków w doświadczeniu, które potwierdzają przyjętą przez nich teorię, lekceważyć zaś będą przypadki niezgodne z teorią. Tymczasem prawdziwa cnota krytyki się nie boi, uważa Popper, i zgodnie z tą zasadą należy odróżniać naukę od nienauki.
Empiryczna falsyfikowalność twierdzeń i systemów teoretycznych to ta ich cecha, którą Popper zaproponował jako kryterium demarkacji. Wartość teorii Popper widział nie w tym, że daje się skonfirmować, ale że daje się empirycznie (na podstawie obserwacji i eksperymentów) obalić i mimo tego, że daje się obalić, pomyślnie przechodzi takie próby. Dlatego zaproponował on inne rozumienie potwierdzenia — koroborację: teoria jest w wyższym stopniu potwierdzona (skoroborowana), im więcej prób obalenia przetrwała i im bardziej próby te były dla niej groźne. Teorie, które w zasadzie nie dają się obalić, które niczego nie zakazują, według tej propozycji naukowe nie są. Jeszcze inaczej charakteryzując naukowość można powiedzieć, że teorie naukowe muszą mieć przynajmniej jeden potencjalny falsyfikator — zdanie będące sprawozdaniem z jakiejś obserwacji, będące negacją którejś z konsekwencji empirycznych teorii. Spośród rywalizujących teorii naukowych ta jest lepsza, która w wyższym stopniu jest falsyfikowalna, która ma więcej potencjalnych falsyfikatorów (jeśli na przykład jest bardziej precyzyjna). [76]
Falsyfikowalność (bądź niefalsyfikowalność) jest własnością twierdzeń, zdań o rzeczywistości. Twierdzenie jest empirycznie falsyfikowalne, jeśli istnieje możliwość wykazania na podstawie obserwacji bądź eksperymentu, że jest ono fałszywe. Jeżeli zdanie to dotyczy prostej sytuacji obserwowalnej bezpośrednio, to nie ulega wątpliwości, że jest falsyfikowalne empirycznie (aczkolwiek niekonkluzywnie, bo zawsze istnieje możliwość popełnienia błędu, ulegnięcia złudzeniu itp.). Wystarczy bowiem zaobserwować, jak się rzeczy mają, by stwierdzić, czy to zdanie jest fałszywe. Gorzej jest z tzw. zdaniami teoretycznymi dotyczącymi przedmiotów, zdarzeń lub procesów bezpośrednio nieobserwowalnych (albo za małych jak elektron, albo za dużych jak Wszechświat, albo niezauważalnych naszymi zmysłami jak siła grawitacji, albo odległych w czasie jak powstanie życia na Ziemi, albo... itd. itd.). [77] Wówczas mówimy o falsyfikowalności pośredniej. Wyprowadzamy z tego zdania (z reguły nie jest to pojedyncze niezłożone zdanie, lecz cały ich zbiór zwany teorią) jakieś tzw. konsekwencje empiryczne. Żeby takie konsekwencje z teorii wyprowadzić, musimy dołączać tzw. warunki początkowe i musimy dysponować pewną logiką — ale akurat o tych szczegółach można tu zapomnieć. Ważne jest to, że z teorii wyprowadzamy konsekwencje empiryczne, to znaczy takie zdania, które już można poddać bezpośredniemu testowi empirycznemu. Jeśli przynajmniej jedna z tych konsekwencji empirycznych okaże się fałszywa, to zgodnie ze znanym z logiki prawem zwanym modus tollendo tollens uznamy teorię za fałszywą. [78]
Teoria jest falsyfikowalna, jeśli można sobie wyobrazić taką obserwację czy eksperyment, których wynik będzie niezgodny z przewidywaniem teorii. Zdanie wyrażające rezultat takiego wyimaginowanego eksperymentu (obserwacji) nazywa się potencjalnym falsyfikatorem. Potencjalnym, gdyż przed przeprowadzeniem wspomnianego eksperymentu nie wiadomo, jaki będzie jego wynik. Jeśli będzie zgodny z przewidywaniami teorii, potencjalny falsyfikator nie sfalsyfikuje teorii, jeśli zaś będzie z nimi niezgodny, to przekształci się w falsyfikator aktualny, a teoria z falsyfikowalnej stanie się sfalsyfikowaną.
Także i temu kryterium stawia się szereg zarzutów. Tak jak zdania ściśle ogólne nie są weryfikowalne, tak niefalsyfikowalne są zdania ściśle egzystencjalne. A takie zdania stwierdzające istnienie przedmiotów, na pewno występują w nauce. Popper jednak dość przekonująco zarzut ten osłabił: nie ma naukowych wyizolowanych od innych twierdzeń zdań ściśle egzystencjalnych, a tylko takie są wskutek swej logicznej natury niefalsyfikowalne. Wszystkie inne zdania egzystencjalne, jeśli się je traktuje łącznie z pozostałymi twierdzeniami systemu, pozwalają się już sfalsyfikować. [79]
Znane są też zarzuty, które trudno odeprzeć. Okazuje się na przykład, że kryterium empirycznej falsyfikowalności akceptuje jako naukowe wiele tzw. zwariowanych czy niepoważnych twierdzeń. "Teoria", że Księżyc jest zbudowany z sera szwajcarskiego, została obalona dzięki lądowaniom statków Apollo, a skoro została empirycznie obalona, to była (i jest) empirycznie obalalna. Można powiedzieć, że kryterium empirycznej falsyfikowalności jest sitem o dużych oczkach i przepuszcza "teorie" jawnie fałszywe.
Z drugiej strony kryterium to kwalifikuje koncepcje w oczywisty sposób prawdziwe jako mimo to nienaukowe. (Ponieważ zarzut ten nieznany jest w literaturze przedmiotu, analizuję go dokładniej dalej w tym rozdziale.) [80]
Do głównych wad tego kryterium należy ponadto niekonkluzywność falsyfikacji oraz konieczność posiadania rywalizującej teorii. Pierwsza wada wywodzi się stąd, że zdania obserwacyjne służące do falsyfikacji mają z reguły wysoce teoretyczny charakter (są na przykład uzyskane przy pomocy wyrafinowanych narzędzi, radioteleskopu, mikroskopu elektronowego itp., których funkcjonowanie zakłada prawdziwość jeszcze innych teorii naukowych). Jako takie są niepewne i uczeni zawsze mogą powstrzymać się od falsyfikacji rozważanej teorii wątpiąc w te teorie, które leżą u podstaw falsyfikujących twierdzeń. Ponadto, co zauważył Duhem, w nauce nie testuje się izolowanych hipotez czy teorii. W teście takim teorie funkcjonują razem z rozmaitymi hipotezami pomocniczymi. Na przykład Newton nie odrzucił swojej mechaniki niebieskiej (trzech praw ruchu i prawa powszechnego ciążenia), gdy niektóre jego przewidywania na temat położeń planet w Układzie Słonecznym się nie sprawdziły. Wolał modyfikować hipotezy pomocnicze, co doprowadziło ostatecznie do sukcesu. Ta praktyka z punktu widzenia Popperowskiego falsyfikacjonizmu była błędna, gdyż popperowski uczony nie unika falsyfikacji. [81]
Druga wada wynika z pewnego stwierdzenia psychologii nauki. Nawet jeśli uczeni są przekonani o prawdziwości falsyfikujących twierdzeń, to nie odrzucą teorii, dopóki nie pojawi się jakaś lepsza. Mówi się w związku z tym: "lepsze złamane wiosło od żadnego" albo "lepszy dziurawy dach niż dom bez dachu" (powiedzenia Thomasa S. Kuhna). Słynna wśród metodologów stała się metafora Imre Lakatosa: "Każda teoria pływa w morzu anomalii" (tzn. pływa, nie tonie, dopóki nie pojawi się lepsza teoria).
Choć kryterium Poppera, jak i pozostałym, można postawić zasadne zarzuty, w niewielkim stopniu niszczą one wartość tego kryterium. Powód często umyka krytykom. Fakt, iż kryterium empirycznej falsyfikowalności nie przeprowadza linii demarkacyjnej między nauką i nienauką dokładnie w tym miejscu, jakie zwykle się widzi, nie może stanowić argumentu przeciwko niemu. Kryterium to bowiem nie ma na celu odzwierciedlenia zastanego sensu słowa "nauka" czy "naukowość". Popper proponuje jedynie pewną konwencję znaczeniową, która jego zdaniem z wielu powodów, głównie etycznych (zapewnia krytycyzm badań naukowych), nadaje lepszy od dotychczasowego sens słowa. Jego kryterium nie można więc traktować jako definicję sprawozdawczą, ale jako definicję projektującą regulującą. [82]
Spośród wszystkich dotychczasowych Popperowskie kryterium demarkacji wydaje się najlepiej odpowiadać faktycznemu rozumienia słowa "nauka" (najmniej je zniekształca). Nawet jeśli, na co zwrócił uwagę Lakatos, falsyfikację jednej teorii można przeprowadzić tylko wtedy, gdy konfirmuje się jednocześnie inną teorię, rywalizującą, to niebagatelną sprawą jest, że kryterium to skłania do tak istotnego w filozofii Poppera krytycyzmu, do poprawiania i usuwania błędów, jednym słowem: uwzględnia ono właściwą etykę uczonego.
Prezentowany paragraf ma na celu zbadanie zasadności zarzutów metodologicznych dotyczących naukowości, jakie stawiają sobie zwolennicy ewolucjonizmu i kreacjonizmu — sporu, jaki trwa na pograniczu nauki i pseudonauki, a głównie zastanowię się, czy kreacjonizm można uznać za stanowisko naukowe.
Spór o tautologiczność zasady doboru naturalnego
W dalszym ciągu tego rozdziału rozważać będę głównie zarzuty, jakie ewolucjoniści stawiają pretensjom kreacjonistów do naukowości. Jednak i kreacjoniści stawiają zarzuty metodologiczne pod adresem drugiej strony, tyle że ich liczba i różnorodność są znacznie mniejsze. Najważniejszy z nich to zarzut, iż zasada doboru naturalnego ma charakter tautologiczny. [83]
Celem teorii ewolucji jest wyjaśnianie adaptacjiAdaptacje są złożonymi strukturami biologicznymi takimi jak oczy, włosy i skrzydła. Kreacjonista William Paley argumentował, że występowanie adaptacji w przyrodzie ożywionej domaga się istnienia inteligentnego projektanta, podobnie jak ewentualnie znaleziony zegarek. [84] Celem teorii ewolucji jest wyjaśnienie ich pojawienia się wskutek procesów naturalnych. [85] Darwin proponował właśnie dobór naturalny jako wyjaśnienie tego faktu. Dobór naturalny był głównym mechanizmem darwinowskiej ewolucji. [86]
Zasada doboru naturalnego jako tautologiaW obszernej dyskusji nad tautologicznością zasady doboru naturalnego przez tautologię rozumie się twierdzenie, które jest prawdziwe na mocy jedynie swojej logicznej formy. [87] Twierdzenie tautologiczne jest puste treściowo, nie przynosi żadnej informacji. Wyjaśniając wszystko, niczego w istocie nie wyjaśnia i nie jest falsyfikowalne, gdyż jest zawsze prawdziwe, z definicji. [88] Gdyby zarzut tautologiczności zasady doboru naturalnego był słuszny, naukowość teorii ewolucji stanęłaby pod znakiem zapytania. [89]
Czasami tautologiczność twierdzeń nie jest oczywista. Aby je zdemaskować, należy przeanalizować znaczenia słów, z których są zbudowane. "Dobór naturalny definiowany jest zdaniem Herberta Spencera: 'przeżycie najstosowniejszego'" (survival of the fittest). [90] W późniejszych wydaniach O powstawaniu gatunków Darwin przyjął tę definicję. [91] W tym sformułowaniu teoria przewiduje, że najstosowniejsze organizmy będą miały najwięcej szansy, by przetrwać i wydać w następnym pokoleniu potomstwo, a określa najstosowniejsze organizmy jako te, które pozostawiają najwięcej potomstwa. Wprawdzie potocznie sądzi się, że organizmy najstosowniejsze mają dla przykładu lepiej wykształcone organy, jak oczy czy uszy, [92] nie jest to jednak prawda dla wszystkich przypadków. Czasami korzystne jest, by organizm miał gorzej wykształcone takie organy jak oczy. Ryby posiadające oczy i żyjące w stałych ciemnościach są mniej przystosowane do środowiska, gdyż oczy są szczególnie narażone na urazy. To, jaka cecha jest korzystna, można rozstrzygnąć tylko dla konkretnego organizmu w konkretnym środowisku. Ogólnie można jedynie pozostać na poziomie tautologii: przeżywają te organizmy, które są najstosowniejsze, a najstosowniejsze są te organizmy, które sprawniej wydają na świat potomstwo, czyli które łatwiej przeżywają.
Dobór naturalny tautologicznie definiowało wielu znakomitych ewolucjonistów:
J.B.S. Haldane (1935): "Sformułowanie 'przeżycie najstosowniejszego' jest czymś w rodzaju tautologii. Podobnie jak większość twierdzeń matematycznych. Nic nie szkodzi powiedzieć tę samą prawdę na dwa sposoby".
Ernst Mayr (1963): "Osobniki mające najwięcej potomstwa są z definicji najlepiej przystosowane".
George Gaylord Simpson (1964): "O lepszym przystosowaniu można mówić wtedy, jeśli oznacza to zdolność do płodzenia większej liczby potomstwa. Taką definicją rzeczywiście podają genetycy. Dla laików termin ten może być mylący, gdyż z punktu widzenia genetyki przystosowanie nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, siłą, dobrym wyglądem i czymkolwiek poza skutecznością w rozmnażaniu się". [93]
Michael Ruse nazywa zwrot Spencera utrwalony przez Darwina i rozpowszechniony w literaturze biologicznej za "nieszczęśliwą kwalifikację, która doprowadziła bezpośrednio do wszystkich głupich argumentów [ze strony filozofów], że zasada doboru jest tautologiczna" [94] i argumentuje, że można ją sformułować nietautologicznie (o czym niżej). Trudno jednak argumenty filozofów nazywać głupimi, skoro zawinili tu sami biologowie. Ernst Mayr zwrot Spencera uznał za "raczej niefortunny", ale dodał: "Stale usiłowano w następnych latach znaleźć lepszy termin niż dobór naturalny czy przeżycie najstosowniejszego, ale wysiłki te się nie powiodły". [95] Podobnie Caplan winą za zamieszanie wokół naukowości darwinizmu obciąża samych darwinistów. [96] Szarski zaś przyznał, że zwrot Spencera jest tautologią i zaapelował, by go nie używać, gdyż oprócz tego, że jest tautologią, jest streszczeniem nie teorii ewolucji, ale często fałszywego poglądu, iż osobniki najdłużej żyjące płodzą najliczniejsze i najbardziej żywotne potomstwo. [97]
Kiedy Bethell w artykule "Darwin's Mistake" skrytykował dobór naturalny jako tautologię, Gould przyznał mu sporo racji.
Dla większości czynnych naukowców argumentacja Bethella brzmi dziwnie. Jesteśmy zawsze gotowi zaakceptować upadek jakiejś teorii w efekcie pojawienia się nowych danych, ale nie spodziewamy się, by słynna i wpływowa teoria załamała się z powodu logicznego błędu w samym jej sformułowaniu. Każdy naukowiec zajmujący się badaniami empirycznymi ma w sobie choć odrobinę z filistra. Stąd też skłonność do ignorowania filozofii uniwersyteckiej jako zajęcia bezpłodnego. (...) Choć postaram się obalić argumentację Bethella, to ubolewam zarazem nad niechęcią naukowców do poważnego analizowania struktury wywodu naukowego. Bethell ma rację, że wiele z tego, co uchodzi za ewolucjonizm, jest pozbawione sensu. [98] Wiele znakomitych teorii uzyskuje spójność dzięki ciągowi wątpliwych metafor i analogii. Bethell trafnie rozpoznał bzdury gromadzące się wokół teorii ewolucji. [99]
John Maynard Smith uważa, że teoria doboru nie jest tautologiczna, ale często ją tak formułowano. [100] Niebezpieczeństwa tautologii w naukach przyrodniczych nie rozumie Singleton, wedle którego "nie wszystkie tautologie są pozbawione sensu; faktycznie wiele logicznych rozumowań ma nieodparty charakter wskutek swojej tautologicznej natury". [101] Singleton ma rację, że tautologie są nieodparte, są bowiem zawsze prawdziwe. Jednak tautologie nie niosą żadnej informacji o świecie, niczego nie wyjaśniają, ani nie są testowalne. W naukach przyrodniczych tautologie mogą jedynie pozorować naukę. Najbardziej zdumiewająca jest jednak wypowiedź Waddingtona, która świadczy nie — jak chciał Gould — o niechęci uczonych do rozważania struktury wywodu naukowego, ale o tym, że uczony ten strukturę tę przeanalizował i zaakceptował:
Rzecz jasna, największym wkładem Darwina była sugestia, iż ewolucję można wyjaśnić przez dobór naturalny. Teoria doboru naturalnego, początkowo rozważana jako hipoteza wymagająca doświadczalnego czy obserwacyjnego potwierdzenia, okazała się po bliższym zbadaniu tautologią, stwierdzeniem koniecznej, choć uprzednio niedostrzeganej, relacji — że najlepiej przystosowane osobniki w populacji (zdefiniowane jako pozostawiające najwięcej potomstwa) pozostawią najwięcej potomstwa. To w żaden sposób nie umniejsza wielkości osiągnięcia Darwina; dopiero po jasnym sformułowaniu tej zasady biolodzy uświadomili sobie, jak ważnym argumentem jest teoria doboru. [102]
Phillip E. Johnson zauważa, że nie była to wypowiedź w ogniu dyskusji, kiedy czasami formułuje się nieprzemyślane poglądy, ale była to ocena przygotowana wcześniej i przedstawiona w referacie na wielkiej konferencji zorganizowanej przez Uniwersytet Chicago w 1959 roku z okazji setnej rocznicy opublikowania Darwinowskiego O powstawaniu gatunków. Zauważa też sarkastycznie, że żaden z wybitnych obecnych tam autorytetów nie wytłumaczył Waddingtonowi, iż tautologia niczego nie wyjaśnia i dodał: "Jeśli chcę się dowiedzieć, jak ryba może stać się człowiekiem, to nie oświeci mnie stwierdzenie, że organizmy płodzące największą liczbę potomków są tymi, które płodzą największą liczbę potomków". [103]
Karl Popper o tautologiczności zasady doboru naturalnegoDo szokującej wypowiedzi Waddingtona nawiązał najgłośniejszy krytyk tautologiczności zasady doboru naturalnego, Karl R. Popper:
Fakt, że teoria doboru naturalnego jest trudna do przetestowania, doprowadził niektórych antydarwinistów, a nawet niektórych wielkich darwinistów, do uznania, że jest ona tautologią. Tautologia taka jak "Wszystkie stoły są stołami" nie jest, oczywiście, testowalna, ani nie ma żadnej mocy wyjaśniającej. Dlatego jest zaskakujące, że niektórzy współcześni darwiniści sami formułują tę teorię w taki sposób, że staje się ona tautologiczna: że te organizmy, które zostawiają więcej potomstwa, zostawiają więcej potomstwa. A C.H. Waddington powiedział gdzieś nawet (i broni tego poglądu w innych miejscach), że 'dobór naturalny (...) okazuje się (...) być tautologią'. Jednakże Waddington przypisuje w tym miejscu tej teorii 'olbrzymią moc (...) wyjaśniania'. Jako że wyjaśniająca moc tautologii jest równa zeru, coś musi być tutaj nie w porządku.
Podobne fragmenty można jeszcze znaleźć w pracach tak wielkich darwinistów jak Ronald Fisher, J.B.S. Haldane, George Gaylord Simpson i inni. [104]
Tautologiczność tej zasady krytykował on dużo wcześniej, w wykładzie pt. "O chmurach i zegarach. Zarys teorii racjonalności i wolności człowieka" (wygłoszonym w Washington University 21 kwietnia 1965 roku) [105] oraz w eseju "Dwa oblicza zdrowego rozsądku" z 1970 roku. [106]
Krytyka Poppera wywołała całą falę publikacji na temat tautologiczności zasady doboru naturalnego. [107] Zarzut ten był bardzo eksploatowany przez kreacjonistów, [108] choć Kitcher zwrócił uwagę, że pochodzi on nie od kreacjonistów, ale od filozofa Poppera, prawnika Macbetha i biologa Petersa. [109] Sam Popper doszedł w końcu do wniosku, że zasadę doboru naturalnego można sformułować nietautologicznie i odwołał swój zarzut:
Zmieniłem zdanie na temat testowalności i logicznego statusu teorii doboru naturalnego; w związku z tym cieszę się, że mam sposobność odwołać to, co powiedziałem wcześniej. (...)
Teoria doboru naturalnego może zostać tak sformułowana, że będzie daleka od tautologii. W tym przypadku będzie ona nie tylko testowalna, ale i nie będzie ściśle uniwersalnie prawdziwa. [110]
Istnieje jednak problem, czy tym samym odwołał swój pogląd, że "teoria doboru naturalnego nie jest testowalną teorią naukową, lecz metafizycznym programem badawczym", [111] gdyż uzasadniając ten pogląd nie odwoływał się do tautologiczności tej teorii, lecz do jej nietestowalności: "Darwinizm jest metafizyką, ponieważ nie jest testowalny". [112]
Nie rozstrzygając intencji Poppera zajmę niżej stanowisko, że teoria ta ma w istocie charakter metafizyczny, ale że jest to metafizyka w dobrym postpozytywistycznym sensie, bo generuje szereg naukowych eksperymentów, twierdzeń i teorii. Jest więc tym, co Popper nazywał metafizycznym programem badawczym.
Unikanie tautologii — adaptacja i przeżycie są odmiennymi pojęciamiZasada doboru naturalnego mówi, że przystosowane organizmy przeżyją. Jeśli adaptacja i przeżycie są synonimami, powstaje tautologia. Uniknąć tautologii można pokazując, że są to pojęcia różne. [113] Jeśli adaptację można obserwować i mierzyć niezależnie od przeżycia, tautologia nie powstaje. Próbę taką podjął Norman Newell:
Adaptacja i przeżycie są odmiennymi pojęciami. Można oszacować porównawczą użyteczność jakiejś cechy w konkretnym kontekście środowiskowym, a sposób, w jaki cecha ta rozpowszechnia się lub zanika w populacji, jest testem ciśnienia doboru naturalnego i miarą adaptacji. [114]
Skoro sposób, w jaki jakaś cecha przeżywa (rozpowszechnia się lub zanika) w populacji, jest miarą adaptacji, to adaptacja i przeżycie nie są odmiennymi pojęciami.
W podobny sposób Futuyma osiąga tautologię: "Dobór naturalny jest jedynie zastąpieniem mniej zdolnych przez bardziej zdolnych. Zdolnych do czego? Do przeżycia i reprodukcji." [115] Zastąpienie w tym kontekście jest tym samym, co przeżywalność.
Robert Chapman daje następującą definicji stosowności (fitness): "Zdolność organizmu do pozostawienia potomstwa przeżywającego w wyższym stopniu zwie się ewolucyjną stosownością." [116] Dobór naturalny ma identyfikować tych, którzy przeżywają. Czyje potomstwo przeżywa? Chapman odpowiada: tych organizmów, które pozostawiają więcej przeżywającego potomstwa.
Z tautologiczną stosownością mamy do czynienia, gdy fitness zdefiniujemy jako przeżywalność, prowadzi to bowiem do tautologiczności doboru naturalnego. Czasami w literaturze przedmiotu znajdujemy tautologiczną stosowność, gdy chce się wykazać, że fitness jest wielkością mierzalną. Przykład znaleźć możemy u Philipa Kitchera:
Można na przykład powiedzieć, że pewna para alleli drastycznie zmniejsza szanse przeżycia. A więc praktycznie rzecz biorąc można parom alleli przypisać wartości selekcyjne. (...) Kiedy możemy wyszczególnić wartości fitness, to dlatego, że można utrzymać stałymi zmienne, od których ogólnie fitness zależy. [117]
Według Kitchera w pewnych warunkach można wyszczególnić wartości fitness na podstawie szans przeżycia. Jednak wartości fitness są całkowicie określone przez mierzenie "wartości przeżycia". Mierzy on fitness mierząc przeżycie. Tautologiczna fitness jest obserwowalna i mierzalna, wydaje się więc mieć naukowy charakter. Jednak prowadzi do tautologiczności zasady doboru naturalnego.
Czasami autorzy wypowiadający się na ten temat zdają się nie rozumieć, o czym piszą. Dobry przykład znaleźć można na poświęconej ewolucji stronie internetowej Uniwersytetu Evansville: "Kreacjoniści często narzekają, że dobór naturalny jest tautologiczny, a przez to nietestowalny. Organizmy, które przeżywają, są najlepiej przystosowane, a organizmy najlepiej przystosowane, to te, które przeżywają. Kiedy używa się zarzutu tautologii przeciwko ewolucjonizmowi, ujawnia to naiwne rozumienie doboru naturalnego i tego, jak on działa. Dobór naturalny nie jest tautologią, ponieważ fitness nie jest zdefiniowana przy pomocy tego, co ewoluuje, ale przy pomocy własności, umożliwiających organizmom przetrwanie i reprodukcję w danym środowisku. Ćmy ubarwione tak, by wtapiały się w tło, mają wyższą fitness, jeśli chodzi o zagrożenie ze strony ptaków, ale ubarwienie ochronne przypuszczalnie nie wyewoluuje, jeśli nie zajdą w populacji odpowiednie mutacje. Możliwość zdefiniowania fitness niezależnie od cech, które ewoluują, ratuje dobór naturalny od tautologiczności". [118] Autor tych słów zgadza się, że twierdzenie "Organizmy, które przeżywają, są najlepiej przystosowane, a organizmy najlepiej przystosowane, to te, które przeżywają" ma charakter tautologiczny. Nie zauważa jednak, że powtórzenie tej samej treści innymi słowami ("fitness nie jest zdefiniowana przy pomocy tego, co ewoluuje, ale przy pomocy własności, umożliwiających organizmom przetrwanie i reprodukcję w danym środowisku") nie może doprowadzić do utraty tej niepożądanej cechy.
Unikanie tautologii — partykularna stosownośćRealnym sposobem na uniknięcie zarzutu o tautologiczność doboru naturalnego jest sformułowanie partykularnej definicji stosowności dla pojedynczego przypadku. Raz stosownością będzie ubarwienie ochronne, innym razem duża szybkość, a jeszcze innym — niewielkie rozmiary albo agresywne zachowanie się. Niemal wszystko może być użyte w partykularnej definicji fitness.
Definicje takie nie prowadzą do tautologii. Partykularnie zdefiniowana fitness jest mierzalna, testowalna, nietautologiczna i wyjaśnia pojawienie się cechy, której dotyczy. Dobry przykład znajdujemy u Kitchera:
Przyrodnicy mogą obserwować drapieżniki w akcji. Mogą oni zarejestrować odpowiednie liczby pochwyconych dobrze zamaskowanych ciem i tych, które wyróżniają się ze swego otoczenia. Ponadto mogą oni eliminować inne możliwe powody różnicowego sukcesu reprodukcyjnego. Na przykład można wykazać, że ubarwienie ochronne nie wpływa na płodność, przeżywalność larw czy zdolność do parzenia się. W ten sposób potwierdzają myśl, że sukces ten jest wynikiem ochrony dostarczonej przez ubarwienie ochronne. [119]
Stosowność jest tu zdefiniowana jako ubarwienie ochronne. Mimo tego, że jest ono mierzalne, testowalne, nietautologiczne i wyjaśniające, nie można go zastosować do większości innych organizmów i środowisk. Jest fałszywe dla przypadku ogólnego.
Widać to również na przykładzie podanym przez Futuymę. Gdy kolonia bakterii wskutek mutacji osiągnęła odporność (czyli przeżywalność) na antybiotyk streptomycynę, to "jeśli bakterie zetkną się ze streptomycyną, mutacja ma wyraźnie adaptacyjny charakter; jeśli nie się nie zetkną, nie ma tego charakteru". [120] Tu Futuyma używa dwu różnych partykularnych definicji tego, co przystosowawcze: jednego w przypadku, gdy bakterie zetkną się ze streptomycyną, a innego, jeśli się nie zetkną.
Partykularne definicje stosowności mają naukowy charakter (nie są tautologiczne, wyjaśniają, mogą być stestowane i są prawdziwe dla konkretnego przypadku). Mają jednak dwie podstawowe wady: są fałszywe dla ogólnego przypadku i nie unifikują rozumienia przyrody, co miało być zaletą ogólnej zasady doboru naturalnego. Niektórzy twierdzą, że nie sposób zdefiniować ogólnie doboru naturalnego: "Dobór naturalny można zdefiniować jedynie w kontekście jakiegoś organizmu, cechy i komponentu środowiskowego". [121] Inni, jak Gould, twierdzą to samo, ale niepoprawnie sądzą, że stanowi to niezależne kryterium dostosowania.
Niezależnym kryterium dostosowania jest dla Darwina "ulepszenie w budowie czy funkcjonowaniu", ale "ulepszenie" nie w sensie kosmicznym, w jakim chciano je rozumieć w Wielkiej Brytanii jego czasów. Dla Darwina "ulepszony" oznaczało jedynie "lepiej zbudowany czy funkcjonujący ze względu na bezpośrednie, lokalne środowisko". Środowiska lokalne zmieniają się nieustannie: stają się chłodniejsze lub cieplejsze, wilgotniejsze lub suchsze, bardziej trawiaste albo bardziej zalesione. Ewolucja wskutek doboru naturalnego to nic innego jak podążanie za tymi zmianami środowiska dzięki większej przeżywalności organizmów lepiej przystosowanych. (...) Jeżeli teoria doboru naturalnego zawiera niezależne kryterium dostosowania, nie jest tautologią. [122]
Gould argumentuje więc, że w każdym konkretnym środowisku lokalnym można ustalić, czym jest dostosowanie, ale wyciąga z tego — niepoprawnie — wniosek, że ogólna teoria doboru naturalnego zawiera ogólne niezależne kryterium dostosowania.
Unikanie tautologii — metafizykaMetafizyczny w sensie Popperowskim czyli niefalsyfikowalny empirycznie charakter teoria może osiągnąć na przykład wówczas, gdy można jej zawsze bronić przed niewygodnymi faktami, gdy jest na tyle elastyczna, że można ją dowolnie interpretować. Z metafizyczną fitness mamy do czynie wówczas, gdy obejmuje ona niezliczone czynniki. Stosowność w takim ujęciu jest dużym rozmiarem ciała przydatnym do walki, ale i niewielkim rozmiarem pozwalającym się ukryć. Jest dużą szybkością przydatną dla polowania i ucieczki, ale i powolnością umożliwiającą oszczędność energetyczną. Fitness to geny replikujące się szybciej niż inne geny, ale także geny, które replikują się, gdy jest to potrzebne, by zachować materiał genetyczny. To rozsiewanie milionów nasion, ale także tworzenie tylko kilku wyspecjalizowanych nasion. Wszystko to i wiele innych rzeczy uważa się za fitness, co powoduje, że staje się ona niemierzalną wielkością. Pojęcie to przestaje być empiryczne.
Metafizycznie zdefiniowany dobór naturalny ma postać "Dla każdego organizmu istnieje taki rodzaj dziedzicznej zmiany biologicznej, który zwiększa jego stosowność". Zdanie o strukturze "dla każdego y istnieje takie x, że..." jest niefalsyfikowalne ze względów czysto logicznych.
Oto przykład metafizycznego wyjaśnienia przy pomocy doboru naturalnego:
Pamiętajmy (...), jak nieskończenie skomplikowane i ściśle przystosowane są wzajemne stosunki istot organicznych do siebie i do fizycznych warunków życia, jak więc nieskończenie rozmaite zmiany budowy mogą być korzystne dla każdej istoty przy zmianie warunków życia. Czyż można tedy widząc, że zmiany korzystne dla człowieka niewątpliwie powstawały, uważać za nieprawdopodobne, że w wielu następujących po sobie pokoleniach powstaną jakieś zmiany w pewien sposób korzystne dla każdej istoty organicznej w wielkiej i skomplikowanej walce o życie? Jeżeli zaś tak się dzieje, to czyż możemy wątpić (biorąc pod uwagę, że rodzi się daleko więcej osobników, niż się ich może utrzymać przy życiu), że osobniki mające jakąkolwiek, chociażby drobną przewagę nad innymi będą miały największe widoki przetrwania i pozostawienia potomstwa? Z drugiej strony, możemy być pewni, że zmiana, chociażby w najmniejszym stopniu szkodliwa, musi ulec koniecznie zagładzie. Otóż to utrzymywanie się korzystnych dla osobnika różnic i odmian oraz zagładę szkodliwych nazwałem "doborem naturalnym" lub "przeżyciem najstosowniejszego". [123]
Natura, jeżeli wolno mi w ten sposób uosabiać naturalne zachowanie się, czyli przeżycie form najlepiej przystosowanych, nie dba o cechy widzialne, chyba o tyle tylko, o ile są one korzystne dla istoty organicznej. Może ona oddziaływać na każdy organ wewnętrzny, na każdy odcień różnicy w organizacji, na cały mechanizm życia. [124]
(...) dobór naturalny co dzień, co godzinę na całym świecie zwraca uwagę na wszelką, chociażby najdrobniejszą zmianę, odrzuca to, co złe, zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre. Spokojnie i niepostrzeżenie pracuje on wszędzie i zawsze, skoro tylko nadarzy się sposobność, nad udoskonaleniem każdej istoty organicznej w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia. [125]
(...) jeżeli słaby człowiek wiele może zrobić za pomocą sztucznego doboru, nie widzę granicy dla zakresu zmian, dla piękności i nieskończonej złożoności przystosowań wzajemnych zarówno pomiędzy wszystkimi istotami organicznymi, jak i fizycznymi warunkami życia, które na przestrzeni długiego okresu czasu może wytworzyć natura potęgą swojego doboru, to jest przez przeżycie form najbardziej przystosowanych. [126]
Jeżeli wśród zmiennych warunków życia istoty organiczne wykazują indywidualne różnice prawie we wszystkich szczegółach swej organizacji, a sądzę że nie można temu zaprzeczyć, jeżeli z powodu geometrycznego postępu przyrostu występuje w jakimś wieku, w jakiejś porze czy w jakimś roku zacięta walka o byt, czemu z pewnością również zaprzeczyć nie można, to biorąc pod uwagę nieskończoną zawiłość stosunków wszystkich istot organicznych zarówno wzajemnych, jak i odnoszących się do warunków bytowania, zawiłość, która wywołuje nieskończoną różnorodność korzystnych dla organizmu budowy, konstytucji i zwyczajów, byłoby faktem niezmiernie osobliwym, gdyby ani razu nie wytworzyła się chociażby jedna zmiana pożyteczna dla organizmu, w podobny sposób, w jaki powstało tyle zmian korzystnych dla człowieka. A jeżeli występują kiedykolwiek zmiany pożyteczne dla jakiejkolwiek istoty, to z pewnością osobniki odznaczające się nimi będą miały w walce o byt najwięcej szans zachowania się, a wskutek potężnego prawa dziedziczności będą usiłowały one wydać potomstwo mające podobne cechy. Tę zasadę zachowania się, czyli przeżycia najstosowniejszego, nazwałem "doborem naturalnym". Prowadzi ona do udoskonalenia każdej istoty w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia, a stąd w większości wypadków do tego, co musi być uważane jako udoskonalenie organizacji. [127]
Takie przykłady można mnożyć — używając stylu Darwina — w nieskończoność. W podanych wyżej cytatach wyróżniłem te fragmenty, które wskazują na metafizyczny charakter rozumienia doboru naturalnego przez Darwina. Jest on przekonany, że zawsze może pojawić się jakaś korzystna cecha, która faworyzować będzie organizm ją posiadający. Ponieważ cecha ta jest jedną spośród olbrzymiej ilości ("nieskończenie" wielu) możliwych cech i może pojawić się w dowolnej chwili, przekonania tego — oczywiście — nie można sfalsyfikować. Ogólna idea doboru naturalnego ma tu charakter metafizyczny. [128]
Unikanie tautologii — pojęcie różnicowego przeżyciaIstnieje jeszcze inny sposób unikania zarzutu o tautologiczność — używanie pojęcia różnicowego przeżycia. Zalety i wady tego podejścia widoczne stają się po przeanalizowaniu przykładu.
Dobór naturalny można zdefiniować po prostu jako różnicową reprodukcję alternatywnych wariantów genetycznych, zdeterminowaną faktem, że niektóre warianty zwiększają szanse przeżycia i reprodukcji ich nosicieli względem nosicieli innych wariantów. [129]
Tego typu definicji można spotkać sporo. [130] Różnicowe przeżycie jest niewątpliwie obserwowanym faktem przyrodniczym. Teorie nabudowane na takich sformułowaniach mają jednak podstawową wadę — nie rozwiązują tego problemu, jaki teoria doboru naturalnego miała rozwiązywać, mianowicie nie wyjaśniają, a nawet nie próbują wyjaśnić faktu adaptacji. Adaptacji nie można wyjaśnić mówiąc "pewne organizmy żyją, niektóre giną, a rezultatem tego jest adaptacja". Różnicowe przeżycie nie identyfikuje tych, którzy przeżywają, dlatego nie mogą posłużyć do wyjaśnienia adaptacji. Sformułowania takie nie wyjaśniają adaptacji, gdyż nie przedstawiają kierunku zmiany, o której mówią. [131] Mogą mieć charakter naukowy, dotyczą obserwowalnych faktów, ale nie wyjaśniają centralnego zagadnienia, dla którego Darwin sformułował swoją teorię ewolucji.
Ponadto tak określona koncepcja doboru naturalnego jest niefalsyfikowalna, dopóki nie powie się, które warianty genetyczne zwiększają szanse przeżycia i reprodukcji. Twierdzenie "istnieje wariant genetyczny, który zwiększa..." z syntaktycznych powodów jest twierdzeniem niefalsyfikowalnym i jest to dokładnie ten sam powód, dla którego niefalsyfikowalne były cytowane twierdzenia Darwina typu "istnieje taki rodzaj dziedzicznej zmiany biologicznej, który zwiększa...". Jeśli jednak skonkretyzujemy, o jaki wariant jakiego organizmu i w jakim środowisku nam chodzi, otrzymamy egzemplifikację w postaci doboru partykularnego. Rozumienie doboru naturalnego jako różnicowego przeżycia jest albo doborem partykularnym, albo ma metafizyczny charakter.
Sformułowań doboru naturalnego opartego na pojęciu różnicowego przeżycia używano często do odparcia zarzutu o tautologiczność:
Ale Darwin nigdy nie wypowiadał się w [tautologiczny] sposób argumentując tylko, iż niektóre odmiany mogły być "korzystne", a inne — "szkodliwe". Rzeczywiście, jeśli definiujemy dobór naturalny jako różnicowy wkład dziedzicznych odmian do następnego pokolenia, wszystkie twierdzenia Darwina na temat doboru będą słuszne, nawet bez odwołania się do "najbardziej stosownego". [132]
Najczęstszą krytyką jest to, że zasada doboru naturalnego jest tautologią. (...) Naszym wnioskiem jest, że krytyka ta jest bez znaczenia, ponieważ oparta jest na semantycznym nieporozumieniu. Przeformułowanie tej zasady na "pewne genetyczne warianty w populacji zmieniają prawdopodobieństwo przeżycia potomków" eliminuje ten problem, gdyż takie stwierdzenie może być sfalsyfikowane. [133]
Niestety, nie może być sfalsyfikowane, gdyż zdanie zaczynające się od słów "pewne genetyczne warianty..." jest zdaniem egzystencjalnym. Falsyfikacja taka jest natomiast możliwa po dokonaniu uszczegółowień, po przeformułowaniu ogólnej zasady doboru naturalnego w zasadę partykularną.
Teoria doboru naturalnego jako metafizyczny program badawczyCzy jednak —jak chcą kreacjoniści — wniosek, że ogólna teoria doboru naturalnego ma metafizyczny charakter, dyskwalifikuje teorię ewolucji? Z punktu widzenia Poppera ten istotny element teorii jako metafizyczny leży poza nauką. Ale Popper nie odmawiał sensowności wszelkiej metafizyce. Niekiedy metafizyka, jego zdaniem, pełni w nauce pożyteczną rolę, dając uczonym szereg heurystycznych pomysłów, jak konkretnie mają uprawiać naukę, jakie hipotezy niższego rzędu wysuwać, jakich obserwowalnych efektów poszukiwać w przyrodzie itd. Wydaje się, że właśnie to mógł on mieć na myśli, gdy napisał: "Doszedłem do wniosku, że darwinizm nie jest testowalną teorią naukową, lecz metafizycznym programem badawczym — możliwym terenem dla testowalnych teorii naukowych". [134] Jego wycofanie się z zarzutu tautologiczności zasady doboru naturalnego — widzieliśmy bowiem, że daje się ona sformułować nietautologicznie — nie musi być równoznaczne z wycofaniem się z poglądu, iż darwinizm jest metafizycznym programem badawczym. Metafizyczność darwinizmu uzasadniał on nietestowalnością, a nie tautologicznością zasady doboru naturalnego. [135] Wprawdzie tautologiczność prowadzi do nietestowalności, ale Popper mógł też widzieć inne niż tautologiczność źródło tej ostatniej cechy.
Ogólna teoria doboru nie ma charakteru empirycznego, jest metafizycznym programem badawczym, generuje jednak tysiące czy dziesiątki tysięcy partykularnych podteorii o empirycznym już charakterze. Niektóre z tych podteorii są dobrze potwierdzone, inne — słabo, a jeszcze inne — w ogóle nie są potwierdzone.
Na rzecz tego przypuszczenia przemawia Popperowska analiza pewnej hipotetycznej sytuacji. Według darwinizmu jeśli na jakiejś planecie istnieją żywa forma spełniająca warunki dziedziczności i zmienności, to dobór naturalny zacznie działać i dokona bogatego urozmaicenia istniejących form. Jednak Popper wrócił uwagę, że darwinizm dopuszcza znalezienie życia (na przykład na Marsie) składającego się tylko z trzech rodzajów bakterii, czy z jednego rodzaju bakterii, a nawet nie znalezienia żadnego życia. Wszystko bowiem zależy od istniejących warunków i cech, jakie umożliwiają tym formom przeżycie. Czy w tej sytuacji darwinizm zostałby obalony (a w konsekwencji: czy jest obalalny empirycznie)? Odpowiedź brzmi "nie", ponieważ darwiniści odpowiedzą, że "te trzy gatunki są jedynymi formami spośród wielu mutacji, które były dostatecznie dostosowane, by przetrwać. To samo powiedzielibyśmy, gdybyśmy odkryli tylko jedną formę (czy wręcz żadnej)". [136] Skoro więc darwinizm nie przewiduje ewolucji odmian, to i jej nie wyjaśnia. A jeśli nie przewiduje i nie wyjaśnia, to nie jest falsyfikowalny. [137]
Jeśli słuszny jest wniosek, że zasada doboru naturalnego jest metafizycznym programem badawczym, to jawi się następujący obraz współczesnej biologii ewolucyjnej. Ogólna teoria doboru nie ma charakteru empirycznego, generuje jednak setki czy tysiące partykularnych podteorii o empirycznym już charakterze. [138] Relację między metafizyczną ogólną teorią doboru naturalnego i empirycznymi podteoriami opartymi na partykularnych pojęciach doboru naturalnego można też widzieć inaczej niż po Popperowsku, na przykład po Kuhnowsku czy według metodologii programów badawczych Lakatosa. Metafizyczny rdzeń współczesnej teorii ewolucyjnej znajdowałby się wewnątrz samej nauki jako jej integralny element.
Diagnozę, że teoria doboru naturalnego ma charakter metafizyczny, potwierdza specyficzny rodzaj jej testowania. Chociaż nie jest ona testowalna empirycznie, jest testowalna teoretycznie. [139]
Spory o naukowość kreacjonizmu
Rozważanie konkretnych zarzutów metodologicznych skierowanych przeciwko kreacjonizmowi poprzedzę analizą ogólniejszego zarzutu.
Kreacjoniści nie prowadzą badań naukowychJest to zarzut bardzo często spotykany. Na przykład Niles Eldredge napisał, że żaden autor, który publikował swoje prace w Creation Research Society Quarterly, najpoważniejszym chyba piśmie kreacjonistycznym, "nie opublikował ani jednego artykułu w żadnym z szanowanych czasopism naukowych". [140]
Podobnie uważa polski krytyk kreacjonizmu, Karol Sabath:
uważam "kreacjonizm naukowy" za demagogiczną pseudonaukę mającą się do nauk przyrodniczych tak jak parapsychologia do fizyki i neurofizjologii czy paleoastronautyka Dänikena do archeologii. Kreacjoniści, jak wszyscy pseudonaukowcy, posługują się naukowym sztafażem (poczynając od nazw instytucji a kończąc na cytatach bibliograficznych), w rzeczywistości ich teksty są w najlepszym razie dyletanckie, jeśli nie celowo zafałszowane. Nie prowadzą właściwie samodzielnych badań naukowych (nie licząc bezskutecznych poszukiwań Arki Noego), twierdząc jednocześnie jakoby ewolucjoniści stanowili margines we współczesnych naukach przyrodniczych. Żonglują cytatami z gazet i czasopism w najlepszym razie popularno-naukowych, nie odsyłając nigdy do oryginalnych prac naukowych. Czerpiąc swoje wyobrażenia z trzeciej ręki od dziennikarzy prasy i TV polemizują z nimi a nie z faktami naukowymi i poważnymi hipotezami. Nie przyznają się do własnych błędów i nie liczą się z ważnymi kontrargumentami. [141]
Kreacjonizm wykazuje wiele cech typowych dla innych pseudonauk (...). Kreacjoniści nie prowadzą poważnej działalności naukowej, nie dokonują odkryć i nie przedstawiają weryfikowalnych teorii (nie podają np., jakie fakty mogłyby, ich zdaniem, obalić ich "teorię"; w 1982 r. podczas procesu w sprawie nauczania kreacjonizmu w szkołach stanu Arkansas zostali poproszeni o podanie chociaż jednego przykładu oryginalnych badań, zakończonych ogłoszeniem lub chociażby złożeniem publikacji do jakiegoś pisma naukowego — okazało się, że nie mogli przytoczyć ani jednego przypadku, skupiając się głównie na popularyzacji krytyki ewolucjonizmu i swoich poglądów w druku i mass mediach. Swoje wiadomości o nauce czerpią z gazet, popularnych czasopism i książek najwyżej popularnonaukowych (por. bibliografie dowolnych publikacji kreacjonistów), z których w dodatku wyrywają spreparowane cytaty (...); jednocześnie chętnie twierdzą, wbrew oczywistym faktom, że 'współczesna nauka' popiera tezy kreacjonizmu, a ewolucjoniści są grupką fałszerzy i zabłąkanych filozofów. [142]
kreacjoniści w zasadzie nie prowadzą oryginalnych badań naukowych, skupiając się na publicznej polemice z ewolucjonizmem. [143]
kreacjoniści są ideologicznie powodowanymi pseudonaukowcami; ich argumentacja najczęściej odwołuje się do tendencyjnie wybranych (jeśli nie spreparowanych) faktów, a logika pozostawia wiele do życzenia. [144]
Adam Urbanek uważa, że kreacjonizm jest sprzeczny nie tylko z twierdzeniami współczesnej nauki, ale nawet z jej podstawami. [145]
Isaac Asimov był zdania, że "kreacjonizm albo przynajmniej ta jego szczególna część, która jest przyjęta przez wielu Amerykanów, jest jedynie wiarą w stare legendy Bliskiego Wschodu". [146] "Kreacjoniści (...) nie przedstawiają żadnych dowodów na poparcie swoich poglądów". [147] "Niedokładności [w teorii ewolucji] przedstawiają bardzo często w przekręcony, uproszczony i całkowicie błędny sposób. [148]
Antynaukowy charakter kreacjonizmu uwypukla też Gary Stix, autor w bardzo znanym czasopiśmie popularyzującym naukę Scientific American (wersja polska: Świat Nauki): "Staranna rewizja nauki dokonana przez Morrisa i jego kolegów — własna wykładnia datowania radiometrycznego, oszacowań odległości do gwiazd czy interpretacji zapisu kopalnego — to wyraz postawy skrajnie kreacjonistycznej, a być może i najbardziej radykalne wcielenie myśli antynaukowej w ogóle". [149]
Cytaty takie można mnożyć.
Publikacje kreacjonistówTwierdzenie Eldredge'a (oraz szersze Sabatha), że żaden autor pisujący do Creation Research Society Quarterly nie opublikował ani jednego artykułu w poważanym czasopiśmie naukowym łatwo obalić, sięgając na przykład do Science Citation Index albo do jakiegoś innego źródła informacji bibliograficznej. Na przykład biolog Willem J. Ouveneel, holenderski kreacjonista, opublikował klasyczną i często cytowaną rozprawę na temat anomalii rozwojowych u muszek owocowych, [150] herpetolog (znawca gadów i płazów) Wayne Frair publikował swoje prace na temat systematyki i serologii żółwi w takich czasopismach jak Journal of Herpetology, Comparative Biochemistry and Physiology, Science oraz Herpetologica, a fizyk Robert Gentry ma publikacje w Science, Nature, Geophysical Research Letters oraz EOS Transactions of the American Geophysical Union. [151] Jeden z wykładowców Instytutu Badań Kreacjonistycznych (ICR) w El Cajon, dr Carl B. Fliermans jest znany z badań nad ekologią bakterii wywołującej tzw. chorobę legionistów, współprzewodniczył Pierwszemu Międzynarodowemu Sympozjum na temat Podpowierzchniowej Mikrobiologii oraz był współredaktorem tomu na ten temat i jest autorem ponad 70 artykułów z mikrobiologii w recenzowanych czasopismach. [152]
Najbardziej znanym kreacjonistą jest niewątpliwie Dean Kenyon, który zdobył renomę w świecie naukowym jeszcze będąc ewolucjonistą. Kenyon skończył studia z fizyki na Uniwersytecie Chicagowskim, zdobył stopień doktorski z biofizyki na Uniwersytecie Stanforda, po doktoracie pracował na Uniwersytecie Południowej Kalifornii w Berkeley, Uniwersytecie w Oxfordzie (jako visiting scholar) i w NASA, a obecnie jest profesorem biologii na San Francisco State University. Jest współautorem teoretycznej pracy na temat ewolucji biochemicznej, która swego czasu była głośna w kręgach ewolucjonistycznych. [153] Znacznie później zaczął kwestionować ewolucjonistyczny punkt widzenia, głównie dlatego, że doszedł do wniosku, iż związki chemiczne nie są w stanie zorganizować się w samych procesach przyrodniczych w cząsteczki niosące złożoną informację. Jego zdaniem "być może odgrywała w tym jakąś rolę jakaś inteligencja". [154] Kenyon kilka lat temu stał się ponownie głośny, gdy dziekan wydziału biologii na jego uniwersytecie usunął go z prowadzenia wykładu, na którym m.in. krytycznie oceniał ewolucjonizm. [155] Jest jednak zbyt dobrze znany w kręgach naukowych, by ta akcja zakończyła się powodzeniem, jak w wielu innych przypadkach. [156]
Artykuł w Newsweeku z 1996 roku dał przykład czter