Personal tools
You are here: Home Artykuły Naukowcy z dziwnymi teoriami

Naukowcy z dziwnymi teoriami

Przedruk z: Na Początku... luty 1999, nr 2 (113), s. 34-52.

W poprzednich rozdziałach mówiłem tylko o patriarchach, apostołach i chrześcijańskich misjonarzach napotykających na ten wszechświatowy fenomen, który można by nazwać "pierwotnym monoteizmem". Z pewnością w umysłach czytelników rodzi się teraz pytanie: Czy naukowcy ze świeckiego świata są świadomi tego niezwykłego zjawiska? A jeśli tak, to jaki z niego wysnuwają wniosek?

Odpowiedzi na powyższe pytania składają się na jeden z najbardziej interesujących rozdziałów wczesnej historii antropologii i etnologii. Na początek trochę informacji wprowadzających.

Wiek dziewiętnasty był okresem charakteryzującym się namiętnym poszukiwaniem źródeł wszystkiego. Ten przemożnie panujący nastrój w głównej mierze wypływał z powszechnie panującego oczekiwania, że pewna teoria, która od wieków rodziła się w niektórych szkołach filozoficznych, będzie w końcu mogła dostarczyć klucza do rozwikłania wszystkich tajemnic. Teorii tej przylepiano różne nalepki: "materialistyczny transformizm", "teoria rozwoju" czy "ewolucja", przy czym ta ostatnia nazwa nabierała coraz większego znaczenia.

Gdy Karol Darwin zastosował i rozbudował zasady ewolucyjne, by pokazać, w jaki sposób złożone formy biologiczne mogły powstać z form prostszych, nastrój ogólnego podniecenia przybrał na sile. Inni myśliciele pracując mniej lub bardziej równolegle z Darwinem mieli nadzieję, że pryncypia ewolucji pomogą im w rozwikłaniu tajemnic innego fenomenu - pochodzenia społeczeństwa, kultury i religii człowieka. Jak ta konkretna grupa uczonych próbowała wyjaśnić pochodzenie czegoś tak: złożonego, jak religia, na bazie modelu ewolucyjnego?

Po pierwsze, odrzucili oni biblijne twierdzenie, że pierwsza religia, która pojawiła się na ziemi. była wiarą monoteistyczną - wiarą, którą jedyny, prawdziwy Bóg od najdawniejszych czasów potwierdzał kolejnymi objawieniami.

Nie przyjęli oni również innego uporczywie podkreślanego w Biblii stanowiska, że spirytyzm i politeizm we wszystkich swych formach stanowi "fałszywą" religię, powstałą w wyniku przewrotnych prób człowieka przekształcenia pierwotnej prawdziwej "religii" według własnych błędnych upodobań. Innymi słowy, ewolucjoniści zatarli rozróżnienie między "prawdziwą" a "fałszywą" religią uważając, że nie mają one znaczenia z naukowego punktu widzenia. Wrzucając wszystkie religie do jednego worka wystąpili z odważną hipotezą: że wszystkie religie, które Biblia nazywa "fałszywymi", powstały najpierw!

Na przykład pewien Anglik, Edward B. Tylor, w swym dwutomowym dziele zatytułowanym Primitive Culture: Researches into The Development of Mithology, Philosophy, Religion, Art and Custom (Kultura prymitywna: Badania nad rozwojem mitologii, filozofii, religii, sztuki i obyczajów; Londyn 1871) przedstawia teorię, że idea ludzkiej "duszy" musi być tą naturalną myślą wyjściową, z której rozwinęły się wszystkie inne koncepcje religijne. Jak sugeruje Tylor, pradawni dzikusi zaczęli sobie wyobrażać, że mają "dusze", gdy zastanawiali się nad dwoma grupami problemów biologicznych: z jednej strony sen, ekstaza, choroba i śmierć, a z drugiej strony sny i wizje. Idea "duszy" została jeszcze bardziej wzmocniona, gdy ludzie ci dostrzegli swe odbicia w wodzie lub też swe cienie - będące najwyraźniej przedłużeniem ich samych. Śniąc widzieli siebie w miejscach, w których nie byli na jawie - przynajmniej nie w ciele.

Gdy ci pierwotni ludzie zaczęli sądzić, że mają duszę - kontynuuje Tylor zaświtała im myśl, że inne byty - zwierzęta, drzewa, rzeki, góry, niebo, a nawet siły przyrody - mogą być podobnie uposażone. Tak właśnie narodził się spirytyzm (Tylor nazywa go "animizmem") - pierwsza religia!

Po wielu stuleciach, twierdzi Tylor, w pewnych społecznościach ludzkich pojawił się nowy fenomen - rozwarstwienie klasowe! Arystokraci rządzący wieśniakami przedstawiali samych siebie jako .,bogów" władających zwyczajnymi duszami i duchami. Tak więc w modelu Tylora politeizm wyłonił się ze spirytyzmu - lecz tylko tam, gdzie poprzedzał go społeczny fenomen klasowego rozwarstwienia!

Jeszcze później niektóre ludzkie systemy arystokratyczne doświadczyły dalszej metamorfozy: jeden arystokrata miał na tyle dużo szczęścia, że został wyniesiony jako monarcha ponad równych sobie przedstawicieli swej klasy. I znów wyrastające ponad swą epokę umysły teologiczne przeniosły tą ostatnią zmianę w rozwoju społecznym na wizję świata nadprzyrodzonego. Rezultat: jeden z członków lokalnego panteonu bogów zaczął przybierać na znaczeniu i wyrastać ponad towarzyszące mu bóstwa, dając tym początek koncepcji "boga najwyższego". Monoteizm, według Tylora, rozwinął się; stopniowo z politeizmu - Iecz tylko na tych obszarach, gdzie wpłynął na to społeczny fenomen monarchii! (Szczegółowsze . podsumowanie teorii Tylora moina znaleźć na stronach 74-77 książki o. Wilhelma Schmidta The Origin and Growth of Religion (Pochodzenie i rozwój religii) wydanej w języku angielskim w roku 1931 przez wydawnictwo Dial Press, New York).

Z ewolucyjnego modelu Tylora wypływały przynajmniej trzy zasadnicze wnioski. Pierwszy polegał na tym, iż odtąd w religii nie ma nic tajemniczego; teraz wyjaśniono już naukowo naturalne powstanie religii i jej dalszy ewolucyjny rozwój. Po drugie, ze względu na to, iż monoteizm stanowił ostatnie stadium w ewolucji religii, znalazła się ona na końcu ślepej uliczki. Po trzecie, dalszy rozwój zachodzący w społeczeństwie ludzkim już nieodwołalnie określił następny krok dla ludzi, którzy pragnęli pozostać na ostrzu ewolucyjnej fali: porzucenie religii wraz z jej już "umarłym" bogiem, bogami czy duchami.

Czy nic brzmiało to rozsądnie, że człowiek musiał najpierw wierzyć w coś po prostu po to, by uwierzyć w sam proces ewolucyjny? Coś, co potrafiło "tworzyć" duchy, bogów, a nawet Boga, a następnie sprawić, by wyszli oni z mody, musi być większe niż oni!

Jakiż był więc czwarty wniosek wypływający pośrednio z teorii Tylora? Był to właśnie ten, który umożliwiał przetestowanie słuszności tez Tylora w praktyce - badając stan społeczności ludzkich na naszym globie. Jeśli Tylor miał rację, to w społeczeństwach pierwotnych nie powinniśmy spotkać żadnych śladów monoteizmu, ponieważ nie nastąpiło w nich jeszcze rozwarstwienie klasowe ani też nie pojawiła się późniejsza koncepcja monarchii, by dać bodziec do powstania tegoż monoteizmu.

Dziesiątki sławnych naukowców będących pod wrażeniem eleganckiej teorii Tylora udzieliło mu początkowo swego poparcia. Prawdopodobnie najbardziej szczegółowa dokumentacja tamtych wydarzeń znajduje się w pismach o. Wilhelma Schmidta, austryjackiego księdza katolickiego, który był zarówno profesorem na Uniwersytecie Wiedeńskim, jak również wydawcą wysoce naukowego czasopisma Anthropos. Na przykład w swym dziele Pochodzenie i rozwój religii Schmidt napisał:

[Teoria Tylora] ze swą miażdżącą mocą faktów, ze swymi gładko i bez logicznych przerw przedstawionymi stadiami rozwoju, a lakże ze swym zwięzłym, bezstronnym stylem prezentacji nie dawała przystępu opozycji (...). Przez następne trzy dziesięciolecia utrzymywała się jako "teoria klasyczna" (...) nie tracąc prawie nic na swym prestiżu. Nawet Teoria [Herberta] Spencera, która pojawiła się tuż po niej, nie potrafiła wyprzeć jej z tej zaszczytnej pozycji. [1]

Na stronie 77 Schmidt kontynuuje:

Poważnym dowodem oddziaływania teorii Tylora w świecie jest fakt, że spora liczba znanych naukowców - etnologów i religioznawców - przyjęła ją prawie bez żadnych poprawek. Taką nieobwarowaną żadnymi zastrzeżeniami akceptację można znaleźć u ... [2]

Schmidt wymienia tutaj listę trzydziestu dziewięciu europejskich i amerykańskich naukowców, którzy poparli teorię Tylora, i wymienia różne książki i artykuły, w których można znaleźć ich pozytywne opinie w tej sprawie. Na liście tej znajdował się Szkot Andrew Lang, którego Schmidt opisuje jako "ulubionego ucznia Tylora". [3] Na początku swej kariery Lang walczył w obronie teorii Tylora w jej zmaganiach z rywalizującą teorią "mitów naturalnych" Maxa Mullera. Rezultat: "Muller (...) został zmuszony do kompromisu". [4]

Nawet jednak w czasie rozkwitu teorii ewolucyjnych takich jak teoria Tylora, co jakiś czas przynajmniej kilka głosów usiłowało skupić uwagę: świata naukowego na nadchodzących z różnych stron świata raportach mówiących o tym, że nawet bardzo prymitywne plemiona uznają istnienie jakiegoś Stwórcy. Naukowcy nie przywiązywali jednak do nich zbyt wiele uwagi, często całkowicie je lekceważąc. Oto jak Schmidt opisuje ich postawę:

Doktryna postępującej ewolucji opanowała umysły całej Europy, (...) wszyscy twórcy teorii fetyszyzmu, duchów, animizmu, totemizmu i magii, nawet jeśli nie zgadzali się w niczym innym, to w jednym byli zgodni - w tym, że postać niebiańskiego Boga musi zostać wyeliminowana z najwcześniejszych stadiów rozwoju religii, jako że jest zbyt górnolotna i niemożliwa do zrozumienia [dla umysłów dzikusów] (...). Uważano, że dzicy mogą sobie ją przyswoić tylko w wyniku chrześcijańskiego wpływu. Siła tego powszechnego prądu myślowego była tak wielka i tak zdyskredytowała koncepcję mówiącą o tym wielkim wieku niebiańskiego Boga, że prawie nikt nie znajdował w sobie tyle odwagi, by przeciwstawić się jej i skierować uwagę ludzi ku dość częstym przykładom tego zadziwiającego fenomenu niebiańskiego Boga występującego wśród zdecydowanie prymitywnych ludów, u których nie znaleziono nawet najmniejszych śladów wpływu chrześcijaństwa. [5]

Część ewolucjonistów, mając za sobą wyraźny przełom osiągnięty dzięki teorii ewolucji, stała się niezmiernie głośna i natarczywa w przepowiadaniu ostatecznego tryumfu ewolucji nad wszystkimi rywalizującymi z nią systemami, a szczególnie nad teizmem. Chrześcijański duchowny i filozof, E. De Pressense, w swej książce A Study of Origins (Badania pochodzenia), która po raz pierwszy została wydana we Francji w roku 1882, a w roku 1887 wydawnictwo Odde and Stoughton opublikowało ją w Londynie w języku angielskim - tak oto pisał o stale narastającym w jego czasach hałaśliwym rozmachu skierowanym przeciwko teizmowi:

Uderzyła mnie (...) narastająca gwałtowność ataków skierowanych nie tylko na chrześcijański teizm, lecz na same fundamenty duchowej religii. Jeśli mamy uwierzyć ludziom będącym wśród elit świata naukowego, musimy dojść do wniosku, że wszystko to, co zostało potwierdzone przez uczniów Ewangelii (...), jest tylko pustym snem. Nasze aspiracje dotyczące wyższego, lepszego świata, są (używając porównania jednego z tych naukowców) niczym więcej niż wyrzuconymi w powietrze zeschłymi liśćmi, które opadają z powrotem na rękę, która je wyrzuciła. Wszystko musi zostać zredukowane do podlegającej ciągłym przemianom, lecz zawsze tej samej energii. [6]

De Pressense poszedł dalej stwierdzając:

Środowiska wyznające materializm głośno przechwalają się swym zwycięstwem (...). Ci, którzy stanowczo utrzymują, że nauka wydała ostateczny werdykt na świat umysłu i sumienia (...), promują materialistyczny fanatyzm, który jest przynajmniej tak samo ekstrawagancki, jak fanatyzm teistów. Co wieczór w naszych miastach słyszymy wieszczów ateizmu, którzy grzmiącym głosem wygłaszają swe credo (...). Jest to przedwczesny tryumf, który materializm uzurpuje sobie w swych popularnych podręcznikach naukowych (...) i górnolotnych artykułach z czasopism [7]

Dalej De Pressense przedstawia swym czytelnikom "konflikt między myślicielami naszego wieku". Dodaje:

Starałem się być zarówno bezstronny, jak i zrozumiały w przedstawieniu poglądów wyznawanych przez tych, z którymi się nie zgadzam (...). Zawsze przechowuję w myślach fakt, że człowiek jest często o wiele Iepszy niż jego teorie. [8]

W swej rozprawie De Pressense zamieszcza filozoficzną krytykę teorii Tylora. Podobnie jednak jak wielu innych myślicieli podejmujących taką krytykę, nie odniósł powodzenia idąc pod prąd ewolucyjnemu trendowi myślowemu dotyczącemu pochodzenia religii.

Jednak jedenaście lat później w roku 1898 coś takiego się wydarzyło. "Ulubiony uczeń" Tylora, Andrew Lang, pozwolił sobie na przeczytanie raportu pewnego misjonarza, przesłanego z odległych terenów misyjnych do wspierających go kościołów w swej ojczyźnie. Misjonarz ten napisał, że prymitywni mieszkańcy tych odległych zakątków uznawali już istnienie Boga-Stwórcy, zanim jeszcze przybyli do nich misjonarze! Oto jak Schmidt opisuje reakcję Langa:

Miał on wrażenie, że misjonarz popełnił błąd. Jednak dalsze badania przyniosły mu więcej przykładów tego, z czym się już spotkał. W końcu doszedł do wniosku, że fundamentalna zasada Tylora nie ma żadnego sensu. Temu przekonaniu dał publiczny wyraz w roku 1898 w swej książce The Making of Religion (...). Poza tym Lang był niezmordowany w wyszukiwaniu coraz to nowych szczegółów - by je zbadać i opublikować - w wynajdywaniu błędów i nieporozumień by je wyjaśniać - oraz ataków, by je odpierać (...).

Biorąc pod uwagę fakt, że [zarzuty Langa] znalazły żywy oddźwięk w głównych brytyjskich periodykach, które - jak wiemy - znane są również za granicą, a także to, że odzwierciedlały one nowe poglądy naukowca o tak ogromnej reputacji (...), trudno jest zrozumieć, dlaczego większość specjalistów w tej dziedzinie (...) spoza Wielkięj Brytanii zareagowała na wypowiedzi Langa głęboką ciszą (...). Cała ta postawa milczącego odrzucenia stała się jeszcze bardziej zadziwiająca w obliczu faktu, że teoria magii, która pojawiła się w tym samym czasie, wszędzie była ochoczo omawiana i w krótkim czasie zdobyła sobie szeroką akceptację; choć jednak według (...) jej pierwszych trzech zwolenników (...) Maretta, Huberta (...) i Preussa (...) opierała się na niepewnych i jak się później okazało nietrwałych fundamentach. [9]

W swym dziele Schmidt wielokrotnie wskazuje na uporczywą tendencję naukowców do ignorowania lub dyskredytowania fenomenu niebiańskiego Boga. Bardzo późno, bo dopiero w roku 1922 pojawiła się pierwsza naukowa monografia poświęcona temu tematowi. [10] Wydaje się, że naukowcy musieli wyczerpać wszelkie inne możliwości wykorzystania przeróżnych aspektów religii jako punktu startowego jej rozwoju, zanim byli w stanie wziąć pod uwagę Niebiańskiego Boga.

Teorie ewolucyjne w rodzaju teorii Tylora, przynajmniej w oczach Schmidta, wydawały się dziwne z powodu powszechnie panującej wśród naukowców obojętności wobec tego jednego kierunku badań. Najwyraźniej byli oni przekonani, że nie będzie on wspierał wyjaśnienia ewolucyjnego.

Prawie całkowicie opuszczony przez innych naukowców w Wielkiej Brytanii i zignorowany przez uczonych na Kontynencie, Andrew Lang napisał:

Podobnie jak inni męczennicy nauki, muszę się spodziewać, że potraktują mnie jako kogoś natrętnego, nudnego, owładniętego tylko jedną i do tego złą ideą. Poczucie urazy z tego powodu wskazywałoby na kompletny brak poczucia humoru i na rozbrajający brak znajomości natury ludzkiej. [11]

Lang nadal ponawiał swe ataki opierając się szczególnie na

zaskakujących odkryciach A. W. Howitta dotyczących Istoty Najwyższej w wierzeniach plemion południowo-wschodniej Australii (...) i na informacjach przekazanych przez panią Langlo Parker, dotyczących [innych plemion australijskich] (...). Wykorzystywał również (...) fakty dotyczące Buszmenów, Hotentotów, Zulusów, członków plemienia Yao, ludów zachodniej Afryki, Tierra del Fuego i w szerszej mierze Indian Ameryki Pólnocnej. [12]

Przed tym, jak Lang skierował uwagę opinii publicznej ku australijskim badaniom Howitta, Tylor sam przeczytał raporty tegoż uczonego krótko po ich pierwszym opublikowaniu w roku 1884. Jaka była jego reakcja? Schmidt tak ją opisuje:

Jedynym jego wyjściem (...) było (...) zakwestionowanie plemiennego pochodzenia tych bogów i przypisanie Europejczykom, a szczególnie misjonarzom, wpływu na religię tych ludów. [13]

Oficjalną ripostę Tylor przedstawił sześć lat później w artykule zatytułowanym "The Limits of Savage Religion" (Ograniczenia religii dzikich). Jednak sam Howitt, który dalej nie dostrzegał, że jego badania podważają podziwianą przez niego teorię Tylora, i który później w rzeczywistości nawet skrytykował Langa za wykorzystanie jego badań do zaatakowania teorii Tylora, wykazał Tylorowi, że żadne tego rodzaju "wyjście" nie było możliwe. [14]

Podobnie też inni naukowcy wykazali, iż nie można wytłumaczyć wpływem misjonarzy tego samego fenomenu pojawiającego się w wielu innych częściach świata poza Australią. Był to początek końca teorii Tylora. Schmidt pisze, że wraz ze schyłkiem tych teorii "nie dało się nakłonić Tylora i Frazera do mówienia, pomimo bezpośrednich wezwań Langa". [15]

To właśnie Wilhelm Schmidt był tym człowiekiem, ktbry przerażony brakiem uznania, z jakim spotkał się Lang, sam rzucił się w wir jednego z najrozleglejszych projektów badawczych, jakie kiedykolwiek zostały podjęte przez jednego człowieka. Schmidt zaczął dokumentować i zbierać dowody na rzecz "pierwotnego monoteizmu". Właśnie w tym okresie zaczęły one ogromnym strumieniem napływać ze wszystkich stron świata. W roku 1912 (w roku śmierci Langa) Schmidt opublikował kolosalne dzieło pt. Ursprung Der Gottesidee (Pochodzenie koncepcji Boga). Napływały jednak ciągle nowe materiały. To spowodowało, że wydał on następny tom i jeszcze jeden, i jeszcze kolejny. Do roku 1955 zgromadził ponad 4000 stron dowodów zawartych w całości w dwunastu pokaźnych tomach!

Cały trzynasty rozdział dzieła Schmidta Pochodzenie i rozwój religii poświęcony jest cytowaniu dziesiątków antropologów. Ukazuje to, że prawie powszechnie przyjęto wyniki badań Schmidta. Fala została zawrócona! Ale jeszcze...

Przed swym upadkiem teoria Tylora zainspirowała pewnych naukowców do zastosowania jej idei w innych dziedzinach. Można by pomyśleć, że odrzucenie "teorii matki" spowodowało również schyłek jej "myślowego potomstwa" w innych dziedzinach. Tak się jednak nic stało. Część ideologicznego potomstwa teorii Tylora rozpoczęło, jak można by to określić, życie na własną rękę i zdołało odsunąć się od swej matki. Tak więc obalając ją oszczędzono i zachowano - co prawda bez żadnego uzasadnienia - tą część jej potomstwa aż do dzisiejszego dnia!

Jeszcze raz jesteśmy ogromnie zobowiązani Wilhelmowi Schmidtowi za wykazanie tego jakże zdradliwego powiązania. Jest to...

 

POWIĄZANIE TEORII TYLORA Z TEOLOGIĄ LIBERALNĄ

Schmidt napisał:

Kolejnym ważnym obszarem podboju teorii animistycznej była teologia Starego Testamentu. Tutaj jej agentem okazał się J. Lippert. (...) Ogłosił on, że teoria ta jest słuszna, jeśli chodzi o rozwój narodu żydowskiego i [jego] religii. Takie zastosowanie tej teorii zostało natychmiast podchwycone przez dwóch wiodących teologów liberalnego protestantyzmu: B. Stade'a (...) i F. Schwala (...). Przyłączyło się do nich wielu innych autorów, takich jak R. Smend, J. Benzinger, J. Wellhausen, A. Berthold i inni. Ludzie ci starali się wspomóc idee tych teologów nie tylko wynikami stosowanej przez siebie krytyki tekstu, lecz również tymi badaniami etnologicznymi, które przechodziły przez sito teorii Tylora. [16]

Na stronach 192-193 Schmidt cytuje profesora Brockermanna, który twierdzi, że "Wellhausen (...) mniej lub bardziej świadomie znajdował się pod wpływem (...) E. B. Tylora (...) [i] (...) uważał animizm za jedyne źródło życia religijnego".

To właśnie ten sam Wellhausen wniósł wydatny wkład w rozwój sławnej teorii utrzymującej, że pozostałości politeizmu, który - jak się tego domagała teoria Tylora - musiał poprzedzać powstanie biblijnego monoteizmu, zachowały się do naszych czasów w Starym Testamencie. Wellhausen twierdził, że monoteistyczni kapłani w późniejszym okresie starali się usunąć z Pięcioksięgu wcześniejsze zapiski związane z politeizmem, jednak przeoczyli część z nich!

W wyniku tego powstała szkoła wyższej krytyki tekstu, która nie tylko osłabiła wiarę milionów chrześcijan i podważyła żywotność setek tysięcy kościołów na całym świecie, lecz skłoniła również ogromną liczbę niewierzących do nie traktowania Biblii w sposób poważny. A jednak żaden liberalny uczony - przynajmniej według moich informacji - nigdy jeszcze nie przyznał się do błędu, by ukrócić to zło słowami: "Poczekajcie! Jeśli już dłużej nie popieramy teorii Tylora, to dlaczego ciągle jeszcze pielęgnujemy jej osierocone potomstwo?"

Nawet konserwatywni teologowie często wypowiadali pod adresem teologii liberalnej Wellhausena niezasłużony komplement atakując ją tak, jakby była ona strukturą ideologicznie niezależną. Ich ataki mogłyby się okazać bardziej skuteczne, gdyby publicznie naświetlili fakt, że teologia Wellhausena opiera się na antropologicznej teorii, której zdecydowana większość antropologów już dłużej nie popiera.

 

TEORIA EWOLUCJI A NAZISTOWSKI RASIZM

Dziewiętnastowieczne teorie biologicznej i kulturalnej ewolucji sugerowały bardzo mocno możliwość, że właśnie pod tym względem jedna linia rozwoju ludzkości - linia europejska - przewyższyła już pozostałą część rodzaju ludzkiego. Pisarzem, który pragnął przekuć te implikacje w ich logiczne wnioski był niemiecki filozof, Fryderyk Nietzsche (1844-1900).

Poglądy Nietzschego i wielu współczesnych mu ewolucjonistów można by zilustrować następująco: Wyobraźmy sobie, że wszystkie społeczności ludzkie biorą udział w gigantycznym kulturowym "maratonie". Celem tego biegu, mającego swój początek w prymitywnej kulturze ery kamiennej, jest ostateczna zdobycz kulturowa - idealne społeczeństwo, w którym technika panuje nad naturą. Jeśli więc wszyscy zawodnicy rozpoczynają z jednej i tej samej linii startowej, ruszają do biegu w tym samym czasie i posuwają się tą samą drogą w kierunku jednej mety, to ich udział w tym "maratonie" da się zaznaczyć na jednej skali i ocenić odpowiednio ich silne i słabe strony. A jeśli społeczeństwa jakiejkolwiek linii genetycznej ludzkości znajdują się "na szczycie tabeli", to dowodzi to, że ta właśnie linia osiągnęła również najwyższy poziom ewolucji fizycznej.

W sposób nieunikniony wypływał stąd wniosek, że społeczeństwa z Europy, najlepiej rozwinięte pod względem technicznym, są "liderami" tego wyścigu biegnącymi w tempie sprintera lub jeszcze szybciej. Tempo biegu innych społeczeństw można by przyrównać do tempa krótko-, średnio- i długodystansowców lub nawet zawodników uprawiających chód. Plemiona pierwotne ustępowały szybkością wszystkim; wlekły się w tym maratonie na szarym końcu.

Nietzsche szczególnie skoncentrował swą uwagę na biegaczu prowadzącym w tym maratonie. Nazwał go "nadczłowiekiem". Był to osobnik, który ze względu na swój najszybszy rozwój ewolucyjny kwalifikował się do tego, by panować nad ludzkością. Ten "nadczłowiek" Neitzschego musi doprowadzić do tego panowania dzięki niczym nie zmąconej, czystej "woli mocy". Wartości moralne nie były od niego wymagane, ponieważ - jak to ujął Nietzsche - nadczłowiek był "ponad dobrem i złem".

Bez wątpienia Nietzsche i podobni mu ewolucjoniści nigdy nie śnili, że inny Niemiec, Franz Boas, wkrótce podważy koncepcję europejskiej wyższości rasowej. Dzieło Boasa zatytułowane The Mind of Primitive Man (Umysł człowieka pierwotnego; 1911) doprowadziło do praktycznej rewizji naszej ilustracji, przedstawiającej wszystkie społeczności ludzkie biorące udział w jednym maratonie. Boas obstawał przy tym, że wiele "maratonów" odbywało się równocześnie. Każda społeczność lub grupa społeczeństw miała własną linię startową, własny czas rozpoczęcia, własną drogę i metę. Wynika stąd prosty wniosek, że niemożliwe jest mierzenie odpowiednich "silnych stron" i "słabości" społeczeństw na jednej skali! Na przykład nie powinno się oceniać kulturowego dążenia do harmonii z naturą na podstawie norm kulturowego dążenia do panowania techniki nad naturą!

Jeśli powyższe stanowisko jest prawdziwe, to niesłuszne było wykorzystywanie kultury jako podstawy wysnuwania wniosków o wrodzonej wyższości jednej linii genetycznej rodzaju ludzkiego nad innymi!

Można by mieć nadzieję, że obalenie przez Boasa teorii europejskiego rasizmu ochroni nas przed złymi skutkami, jakie potencjalnie tkwią w myśleniu rasistowskim. Jednak idee tego typu nie dają się tak łatwo przekreślić. Jakieś trzydzieści lat po śmierci Nietzschego pewien rozpierany ambicją Niemiec - Adolf Hitler - doszedł do następnego przekonania: jeśli Europejczycy są najwyżej zaawansowaną w ewolucji linią ludzkości, to z pewnością on i jego niemieccy rodacy są najbardziej ewolucyjnie rozwiniętą linią Europejczyków, to znaczy "rasą wyższą".

Zgodnie z tym Hitler jako głowa rasy wyższej chciał pokazać, że jest "nadczłowiekiem". Dalszy ciąg tej historii stanowi jeden z najgorszych koszmarów ludzkości.

Chodzi o to, że kolejne zastosowanie dziewiętnastowiecznego ewolucjonizmu, które zdołało przetrwać wstrząs spowodowany upadkiem teorii Tylora, zbiegło się z powszechną akceptacją nowego podejścia zaproponowanego przez Boasa. Skutkiem tego właśnie zastosowania ewolucjonizmu było niewyobrażalne cierpienie ludzkości. Sam fakt, że twórcy jakiejś teorii później się z niej wycofają, nie gwarantuje, że przywódcy innych sfer życia automatycznie również ją porzucą!

Oczywiście naziści Hitlera nie przepadali za Franzem Boasem ani za jego pismami! W Iatach trzydziestych naszego stulecia cofnęli doktorat honoris causa, którym uniwersytet w Kiell uhonorował Boasa. W tym samym czasie w miastach niemickich naziści urządzali publiczne palenic jego dzieł. [17]

Widać więc, że nazistowski rasizm był ugruntowany na rozmyślnym odrzuceniu dostępnych dowodów.

 

TEORIA TYLORA A KOMUNIZM

Ruchy polityczne drastycznie różnią się w swych postawach w stosunku do religii. Niektóre są bardzo mocno proreligijne. Inne tolerują religię jako jedną ze skłonności ludzkich. Jeszcze inne wykorzystują ją dla własnych celów politycznych. Jednak Karol Marks, Fryderyk Engels i Włodzimierz Ilicz Lenin - ojcowie i założyciele komunizmu - przyjęli wyraźnie bardziej ambitną postawę. Komunizm -jak to określili - musi stłumić religię, a nawet, jeśli to możliwe, zetrzeć ją z powierzchni ziemi!

Komuniści mogą dojść do przekonania, że korzystne będzie teraz lub w przyszłości wykorzystanie religii w konkretnych celach politycznych, lecz nawet wtedy ich ostatecznym zamierzeniem ciągle jest jej unicestwienie.

Unicestwienie religii - o czym często przekonywali się komuniści - wymaga unicestwienia religijnych ludzi: albo odbierania siłą dzieci z religijnych rodzin, albo używania tortur i więzień. Nie bacząc na to komunizm jako system polityczny z natury antyreligijny, gwałtownie zmierza do realizacji swego celu. (Obecnie sytuacja świata uległa zmianie - komunizm jako system polityczny upadł [przyp. red.]).

Na ironię antyreligijna postawa komunizmu stała się przeszkodą na jego drodze! Na przykład w roku 1965 miliony Indonezyjczyków ochoczo włączyły się w udaremnienie komunistom próby przyjęcia władzy w ich kraju. To zdecydowało o porażce komunistów. Największym zarzutem, jaki wysuwali Indonezyjczycy przeciwko władzy komunistycznej, był fakt, że nie mogli po prostu znieść komunistycznego tłamszenia religii. Gdyby nie taka postawa, komunizm mógłby przejąć kontrolę w Indonezji, a zwycięstwo to przyczyniłoby się - o zgrozo - do posunięcia naprzód ich sprawy!

Dlaczego ojcowie-założyciele komunizmu obarczyli swój świeżo powstały ruch polityczny tak dalece niekorzystną postawą? Może przynajmniej Lenin zacząłby żywić pewne wątpliwości co do czynienia unicestwienia religii jednym z głównych celów komunizmu, gdyby przewidział wybitną zdolność ludzi religijnych do zachowywania, a nawet propagowania swej wiary pomimo najgorszych rzeczy, na jakie było stać komunistów. [18]

Co przekonało założycieli komunizmu, że unicestwienie religii jest zarówno możliwym do zrealizowania, jak i pożądanym celem? Nigdy nie satysfakcjonowały mnie przypuszczenia, że było to po prostu wynikiem jakiegoś osobistego upodobania. Poniższy cytat z niemieckiego wydania Dzieł zebranych Lenina, przetłumaczony przez mojego przyjaciela, Hanka Paulsona, wykazuje, że przynajmniej Lenin obstawał przy racjonalnych, naukowych przesłankach stawiania sobie takiego celu:

Program naszej partii w całości zbudowany jest na naukowym, a co za tym idzie materialistycznym światopoglądzie (...). Nasz program (...) wyprowadza również na światło dzienne historyczne i naukowe wyjaśnienie pochodzenia religijnej tajemnicy (...). Konieczne jest więc, by nasz program mieścił w sobie propagandę ateizmu. [19]

Nie trudno dostrzec stojący za tego rodzaju stwierdzeniem wpływ teorii Tylora. Jak to wielokrotnie podkreślał Wilhelm Schmidt, pod koniec dziewiętnastego wieku teoria Tylora gwałtownie opanowała umysły naukowców Europy i Ameryki. Lenin samodzielnie lub za pośrednictwem Marksa albo innych musiał słyszeć lub czytać o tym, że nauka zadała kłam roszczeniom religii, iż reprezentuje ona prawdziwe duchowe tajemnice. Wcześniej przeciwnicy religii polegali głównie na argumentach natury filozoficznej. Czyż jednak czymś o wiele bardziej miażdżącym nie była możność stwierdzenia, że pochodzenie religii i jej dalszy rozwój został teraz naukowo wyjaśniony - i to bez żadnego uciekania się do istnienia realnego świata duchowego?

Kolejnym dowodem na to, że teoria Tylora nadal oddziałuje na postawę komunistów wobec religii, jest fakt, że w szkołach i uniwersytetach świata komunistycznego ciągle wykłada się pogląd Tylora na ewolucję religii jako główną podwalinę ateizmu! Co więcej, komunistyczne rządy niestrudzenie zalewają Trzeci Świat, a nawet państwa zachodnie potokami literatury, zespołami wykładowców - łącznie z wymianą profesorów uniwersyteckich - by nauczać teorii Tylora jako udowodnionego faktu! Rozważmy kilka przykładów:

1. Kilka lat temu mój przyjaciel, dr Wayne Dyc z Wycliffe Bible Translators, został zaproszony, by wygłosić odczyt na sympozjum naukowym w Papui Nowej Gwinei. Takie samo zaproszenie otrzymało także kilku antropologów z krajów komunistycznych. Czego uczyli ci komuniści młodych papuańskich studentów w trakcie tego sympozjum? Słuszności teorii Tylora o pochodzeniu religii! Dla doktora Dye'a bardzo dziwne było słuchanie naukowców, którzy w dwudziestym wieku nadal propagują tego rodzaju koncepcję. W trakcie przerw Dye pytał ich, w jaki sposób godzą swe nauczanie z faktem, że teorie podobne do teorii Tylora zostały obalone na już począlku naszego wieku. Ku jego zaskoczeniu wydawało się, że naukowcy ci są całkowicie tego nieświadomi!

2. Na początku roku 1983 na konferencji studenckiej w San Diego student pierwszego roku jednego z poważnych uniwersytetów południowej Kalifomii powiedział mi, że obecnie uczęszcza na wykłady antropologii, które prowadzi zaproszony profesor z komunistycznych Chin. "On wykłada teorię Tylora" - skarżył się student. "Nigdy ani słowem nie wspomniał, że teoria ta w świetle późniejszych badań etnologicznych została odrzucona. Co więcej, cały nasz rok chłonie to bez zastrzeżeń. Ja sam nie wiedziałem, że wszystko to jest fałszem, dopóki nie przeczytałem Wieczności w ich sercach.

Skarga tego studenta budzi pytanie natury etycznej. Czy słuszne jest, by jakiś uniwersytet wymagał od studentów płacenia ciężko zarobionych pieniędzy po to, by jakiś komunista mógł uczyć ich przestarzałej teorii będącej komunistycznym dogmatem? Studenci płacąc za te wykłady ufają uniwersytetowi, że zatrudni profesorów, którzy będą nauczać ich sprawdzonej antropologii. Uniwersytet nadwyrężył to zaufanie. Później będzie się on domagał kolejnych opłat za to, by inni profesorowie mogli pomóc studentom oduczyć się tego, czego nauczył ich ten komunistyczny wykładowca.

Nie można go obwiniać za nauczanie teorii, która była jedynie obowiązującą w komunistycznym systemie szkolnictwa. On sam przecież się w nim kształcił. Wina spoczywa na uniwersytecie, który odpowiednio nie sprawdził tego profesora i nie określił, czy jest on w stanie nauczać współczesnej antropologii.

3. Pewien chrześcijanin odwiedzając niedawno Jugosławię rozpoczynał z różnymi komunistami rozmowy o wierze w Boga. Każdy z nich bronił ateizmu opierając się na argumentach, których powiązanie z teorią Tylora było oczywiste. Niektórzy z nich wręczali nawet gościowi traktaty wyjaśniające, że nienaukowe jest wierzenie w coś, co twierdzi, że reprezentuje duchową rzeczywistość, a samo w sobie jest zwykłym wytworem ewolucji. Ponieważ chrześcijanin ten nie miał wtedy żadnej wiedzy na temat podłoża dziewiętnastowiecznej teorii ewolucji, nie potrafił przedstawić żadnych argumentów przeciwko stanowisku komunizmu.

Widać wyraźnie, że obalenie teorii Tylora nie przeszkadza komunistom w używaniu jej jako usprawiedliwienia swego ciągłego tłumienia religii. Trudno tu oskarżać Marksa, który zmarł w roku 1883 - rok przed tym, jak pisma Howitta na temat pierwotnego monoteizmu u australijskich Aborygenów wzbudziły pierwsze poważne wątpliwości dotyczące teorii Tylora. Podobnie Engels zmarł w roku 1895 - trzy lata przed tym, jak Lang opublikował początkowo źle przyjęte dzieło The Making of Religion, które obalało teorię Tylora. Być może nigdy nie dowiemy się, na ile Lenin miał możność zapoznania się z treścią raportów donoszących o zmianie przekonań dokonującej się w świecie zachodnim.

W każdym razie problem "dziwnych" teorii o pochodzeniu religii ciągle istnieje we współczesnym świecie. Naukowcom, którzy żyją sobie na Zachodzie we względnie bezpiecznych warunkach, łatwo jest powiedzieć: "Och, przecież dzisiaj nie stoimy już na takim stanowisku". Zupełnie inna jest sytuacja misjonarzy rozrzuconych po krajach Trzeciego Świata, gdzie muszą się uczyć, jak przeciwstawiać się ciągle obecnemu podstępnemu wykorzystywaniu tego rodzaju idei przez nieprzyjazne im siły polityczne.

Moim celem nie jest sugerowanie, że ktoś powinien "zamknąć usta" Tylorowi! Wystarczyłoby, żeby jego idee znalazły swe miejsce na wokandzie sądowej. Nie mam też najmniejszego zamiaru sugerować, że antropologia sama w sobie jest niegodna zaufania. Jestem przekonany, że chrześcijanie powinni starać się angażować w antropologię i inne nauki społeczne, by wprowadzać w nie równowagę wnosząc tam teistyczny system wartości.

Gdyby Wilhelm Schmidt nie poświęcił się takiemu właśnie zaangażowaniu, to rozpoznanie nienaukowych podstaw teorii Tylora mogłoby się odwlec o całe lata!

Być może jedną uwagę krytyczną można by skierować do liberalnych uczonych, którzy początkowo przeciwstawiali się zarzutom, jakie Andrew Lang stawiał Tylorowi, albo je ignorowali. Bardzo szybko przyjęli oni teorię Tylora nie tylko ze względu na jej zgrabność, lecz również dlatego, że pasowała do ich wcześniejszych przypuszczeń dotyczących ewolucji i domniemanej wyższości człowieka europejskiego. Przeczące temu dowody Langa i Schmidta przyjęli z niechęcią i powściągliwością dlatego, że nie potwierdziły one tego rodzaju przypuszczeń. Gdyby powszechna reakcja na twierdzenia Langa i Schmidta była tak energiczna, jak wcześniejsza odpowiedź na teorię Tylora, to być może - powtarzam: tylko być może - wynikająca stąd żywa dyskusja przykułaby uwagę Lenina, zanim po rewolucji komunistycznej w roku 1917 (który nawiasem mówiąc był również rokiem śmierci Tylora) zaczął on opuszczać wokół Rosji żelazną kurtynę.

Pozwolę sobie stanąć na chwilę w jego obronie. Lenin musiałby wtedy mieć przynajmniej pewne wątpliwości dotyczące faktu, że tak wiele komunistycznych nadziei opiera się na teorii Tylora. W związku z tym być może antyreligijne stanowisko komunizmu stałoby się bardziej elastyczne.

Mam nadzieję, że historyczny przegląd całej tej sprawy pomoże chrześcijanom nie tylko więcej wiedzieć, lecz również lepiej reagować na pewne współczesne siły przeciwstawiające się ewangelii. Chrześcijanie żyjący pod panowaniem komunizmu mogą doznać ogromnej zachęty słysząc, że nawet nauka oficjalnie odrzuciła te podstawy, które komunizm wykorzystuje do dyskredytowania wiary religijnej.

Zanim zakończymy temat "naukowców z dziwnymi teoriami", pragnę zachęcić chrześcijan, by starannie śledzili bieżące kontrowersje wokół pierwszej książki antropolog Margaret Mead pt. Coming of Age in Samoa. Pewien australijski antropolog, Derek Freeman, mocno skrytykował nie żyjącą już dziś panią Mead za to, że wprowadziła w błąd opinię publiczną w sprawie kultury mieszkańców wysp Samoa. Jak mówi Freeman, cała ta sprawa w ogóle nie zasługiwałaby na taką krytykę, gdyby nie liberałowie, tacy jak George Bernard Shaw, Havelock Ellis i wielu innych. Oni bowiem postanowili nadać rozgłos pierwszej książce pani Mead w stopniu całkowicie nieproporcjonalnym do jej rzeczywistej wartości. Oczywiście nie chodzi mi o podważenie całego życiowego dorobku pani Margaret.

Według niektórych pierwsza książka pani Mead miała podobnie liberalizujący wpływ na sposób wychowania i kształcenia naszej młodzieży, co sławna książka doktora Spocka na pielęgnowanie i wychowywanie niemowląt i małych dzieci. Inni naukowcy zabierają się obecnie do obrony pani Mead. Całe zamieszanie jeszcze nie minęło; ostateczny wynik nie jest jeszcze jasny. Zwolennicy konserwatywnych poglądów powinni mieć wyraźną świadomość, że kontrowersja ta nie przebiega między liberałami a konserwatystami, lecz raczej między dwoma grupami liberałów, z których żadna nie pragnie zbyt gorąco, by ostateczny wynik sporu wpłynął na korzyść poglądów konserwatywnych.

Don  Richardson

Przypisy

[1] Wilhelm Schmidt, Origin and Growth of Religion, Dial Press, New York 1931, s. 74.

[2] Tamże, s. 77.

[3] Tamże, s. 78.

[4] Tamże.

[5] Tamże, s. 170-171.

[6] E. De Pressense, A Study of Origin, Hoddert and Stoughton, London 1887, s. V-VI.

[7] Tamże, s. VI-VIII.

[8] Tamże, s. VIII.

[9] Schmidt, s. 172-174.

[10] Tamże, ss. 167-168.

[11] Tamże, s. 174.

[12] Tamże, s. 175.

[13] Tamże, s. 87-88.

[14] Tamże, s. 88.

[15] Tamże, s. 183.

[16] Tamże, s. 70.

[17] Encyclopaedia Britanica, hasło "Boas".

[18] Zob. Hank Paulson, Don Richardson, Beyont The Wall, Regal Books, Ventura 1982.

[19] The Colected Works of Lenin, Tłum. z niem. H. Paulson, T. 12, s. 245.

Źródło: Rozdział 4 książki Dona Richardsona, Wieczność w ich sercach, tłumaczył Paweł Chojecki, wydanej po polsku w 1993 roku przez Wydawnictwo "Pojednanie" ul. Rycerska 6/57, 20-552 Lublin. (wyd. ang.: Eternity in their hearts, Regal Books, 1991 r.) Niniejsza publikacja za pozwoleniem Wydawnictwa "Pojednanie" została przygotowana przez Michała Hałasa i Jarosława Zabiełło.

Document Actions
« February 2020 »
February
MoTuWeThFrSaSu
12
3456789
10111213141516
17181920212223
242526272829