Personal tools
You are here: Home Artykuły Małpy górą...?

Małpy górą...?

W pierwszym numerze Tygodnika Powszechnego z 1997 roku ukazał się tekst pióra biskupa Józefa Życińskiego, skłaniający do refleksji nad kierunkiem, w jakim podąża najbardziej liczebny odłam chrześcijaństwa.

„Nawiązując do wcześniejszych wypowiedzi Piusa XII, Jan Paweł II podkreśla, iż w kontekście badań współczesnej nauki teorii ewolucji nie można już traktować jedynie jako hipotezy Jest ona czymś więcej niż hipotezą, gdyż niezależne badania przyrodnicze z różnych dziedzin prowadzą do wspólnego wniosku, ukazując ewoluujący wszechświat jako rzeczywistość, którą usiłują tłumaczyć różne teorie ewolucji”. [Biskup Józef Życiński, Bóg i ewolucja, w: Tygodnik Powszechny, 5 I 1997]

W związku z niedawną wypowiedzią Watykanu, dotyczącą wyraźnego zbliżenia stanowiska ewolucjonistycznego i teologii katolickiej, wielu wiernych tego Kościoła nurtuje szereg pytań o

sens dalszego zajmowania się Biblią,

a zwłaszcza jej pierwszymi trzema rozdziałami. W licznych religijnych publikacjach, dokonujących prób mezaliansu kreacjonizmu i neodarwinizmu, wiele wysiłku wkłada się w to, by przekonać czytelników o alegoryczności opowiadania o raju utraconym. Rodzi się zarazem wątpliwość, czy przypadkiem całości tekstu Pisma Świętego nie powinno się traktować jako wielkiej przypowieści, zaniedbując zupełnie historyczny wymiar tej Księgi. Tu jednak wkracza Urząd Nauczycielski Kościoła Katolickiego, dokonujący arbitralnie rozróżnienia, co jest zapisem autentycznych wydarzeń, a co wymyśloną opowiastką. Konieczność oparcia się na ludzkich autorytetach staje się więc wpisana w codzienną praktykę życia osób wierzących. Z drugiej strony ewangelia maluje piękny obraz Chrystusa, odsyłający człowieka zadającego Mu pytanie o istotę zbawienia nie do specjalistów-teologów, ale do jego osobistego doświadczenia z tekstem Biblii: „Co napisano w zakonie? Jak czytasz?” (Łuk. 10,26). Należę do tych osób, które — jak określił to biskup Życiński — „traktują przyrodnicze teorie ewolucji jako zagrożenie dla wiary chrześcijańskiej”. Nie bardzo rozumiem bowiem,

jak pogodzić pogląd ewolucjonistyczny z nauką o skutkach grzechu pierwszych rodziców.

W myśl tej ostatniej śmierć pojawia się w świecie jako następstwo zaistniałego w Edenie grzechu. Zgodnie z nauką pierwszych trzech rozdziałów Genesis (I Księgi Mojżeszowej) śmierć nie istniała przed grzechem Adama i Ewy. Jak więc — spoglądając teraz na historię Ziemi oczami chrześcijańskiego neodarwinisty — wytłumaczyć owe miliony lat cierpień różnych zwierząt, a później i ludzi, i pogodzić to z obrazem dobrego Boga?

W jakim celu Bóg miałby zaplanować śmierć, skoro biblijny opis stworzenia wyraźnie pozbawiony jest elementu śmierci (Bóg nazywa swe dzieło bardzo dobrym), podobnie jak obraz świata ostatecznie uwolnionego od przekleństwa grzechu (przekazany przez apostoła Jana w Objawieniu). Skoro odrzucamy możliwość początkowego istnienia życia nie obciążonego śmiercią, to czy słuszne jest oczekiwanie owego stanu w przyszłości? Skoro pierwotne królestwo Boże miało już ową skazę, to czy mogę ufać, że odnowione — będzie od niej wolne?

Kolejny problem

wiąże się z całkiem odmiennym spojrzeniem na związek między Bogiem a człowiekiem. Według relacji biblijnej człowiek wyszedł z rąk Stwórcy jako istota doskonała: z umysłem nieskalanym złem, z pełnymi możliwościami intelektualnymi (w tym — z niczym nie zaburzoną sferą wolicjonalną). Stał na szczycie, a potem upadł na dno poniżenia przez grzech. Bóg — dobry Ojciec — pośpieszył mu na ratunek, który zapowiedział już w protoewangelii (patrz I Mojż. 3,15), a wykonał przez ofiarę Chrystusa. Przez krzyż Jezusa człowiek został wydobyty z „grząskiego błota” i obdarowany życiem. Jest to w całości Boże dzieło. Nie było innego sposobu ratowania upadłego świata.

Opcja ewolucjonistyczna przedstawia całkiem inną scenerię: tu człowiek dopiero wspina się mozolnie na szczyt doskonałości (ile jeszcze przed nim — tego nikt nie wie). Według powszechnej opinii kolejne pokolenia osiągają coraz wyższy stopień rozwoju (choć jest to teza nader wątpliwa); a więc wszyscy poprzednicy powinni być niżej od nas notowani. Gdy cofniemy się aż do czasów ludzi pierwotnych, znajdziemy ilustracje nagich dzikusów niewiele różniących się od małp człekokształtnych, ale już będących ludźmi. Jak można pogodzić nauczanie o dobrym Bogu z obrazem Osoby obarczającej całą ludzkość winą za błąd prymitywnych istot? Zarówno oni, jak i my mamy prawo zawołać: „Chwileczkę, Panie Boże, wszak jeszcze nie jesteśmy doskonali. Gdybyś nieco zaczekał z próbą, nasi potomkowie z pewnością sprostaliby Twoim wymogom”.

Trzecia kwestia

dotyczy owego „rozwinięcia” nauki Kościoła Katolickiego, podanej przez Piusa XII w encyklice Humani generis. Polega ono na przyjęciu przez obecnego papieża odrzucanej uprzednio koncepcji poligenizmu, a więc uznaniu możliwości istnienia wielu Adamów, jako wielu wyewoluowanych praojców rodzaju ludzkiego. Tymczasem w tekście wspomnianej encykliki Piusa XII czytamy: „Nie wolno bowiem wiernym przyjąć teorii, że po Adamie istnieli na tej ziemi ludzie nie pochodzący od niego jako od wspólnego wszystkim przodka, albo że słowo »Adam« oznacza jakąś nieokreśloną liczbę praojców. Zupełnie bowiem nie wiadomo, jak tego rodzaju zdanie dałoby się pogodzić z nauką źródeł Objawienia i Urzędu Nauczycielskiego Kościoła o grzechu pierworodnym, który pochodzi z grzechu faktycznie popełnionego przez jednego Adama”. Wydaje mi się, iż w świetle tej wypowiedzi powinniśmy mówić raczej o zmianie stanowiska niż o rozwinięciu nauki.

Warto jeszcze wspomnieć o innych dylematach

nurtujących osobę wierzącą. Gdy bowiem sięgniemy do biblijnego opisu stworzenia (a zgodnie z Dekretem Komisji Biblijnej, powołanej przez Leona XIII w 1902 roku, o jego historycznym znaczeniu powątpiewać nie wolno), nie znajdziemy tam podstaw, by sądzić, że człowiek został stworzony i funkcjonował „we fragmentach”: najpierw ciało, potem przynależna człowiekowi psychika. Przekaz Pisma Świętego wyraźnie dokumentuje, iż ciało nie funkcjonowało bez elementu duchowego. Dopiero tchnienie Boże sprawiło, iż uformowany z prochu ziemi, lecz martwy człowiek — stał się istotą żywą.

Interesująca jest także argumentacja Pana Jezusa

w sporze z faryzeuszami (patrz Mat. 19,3-8). Ustosunkowując się do kwestii rozwodów, Chrystus odwołuje się do tradycyjnego obrazu stworzenia. Gdyby to ostatnie było fikcją, wówczas całe uzasadnienie stanowiska zajmowanego przez Zbawiciela byłoby irracjonalne.

Tak samo w oryginalnym tekście dekalogu znajdujemy odwołanie do sześciodniowego aktu stworzenia. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego współczesny chrześcijanin wkłada tak wiele wysiłku intelektualnego, by z jednej strony uzasadnić swe rzekome pochodzenie od zwierzęcia, a z drugiej zaprzeczyć nobilitującemu go tytułowi dziecka Bożego. Pozostanę więc przy swej dotychczasowej wierze, choć autorowi wspomnianego na początku artykułu jawić się będę jako (posługując się określeniami księdza biskupa) osoba czyniąca „dramatyczną przepaść między własną perspektywą intelektualną a Chrystusem — uosobioną Prawdą”, odznaczająca się „pełną kompleksów mentalnością getta” i wyznająca „karykaturę religii”, jak chyba dość nerwowo stwierdził ksiądz biskup. A może właśnie owa nutka rozdrażnienia wraz z domieszką jedynie słusznych myśli świadczy o wewnętrznym buncie dziecka Bożego, godzącego się na poniżanie Boga i człowieka teorią ewolucji.

Jacek  Matter

Przypisy

Źródło: Na Początku... marzec 1999, nr 3 (114), s. 76-80. (Jacek Matter, Małpy górą...?, Znaki Czasu 1997, nr 2, s. 8-9. Przedruk za zgodą Redakcji)

Document Actions
« February 2020 »
February
MoTuWeThFrSaSu
12
3456789
10111213141516
17181920212223
242526272829