Personal tools
You are here: Home Artykuły Ewolucja, kultura, mitologia

Ewolucja, kultura, mitologia

Jaką rolę pełni w obecnej kulturze ewolucjonizm? Jaki jest wpływ ewolucyjnej myśli na rozliczne dziedziny ludzkiej aktywności jak kultura, moralność czy polityka? Co to jest psychologia ewolucyjna? Na te m.in. pytania próbuje odpowiedzieć Krzysztof Szymborski w książce Poprawka z natury. Biologia, kultura, seks, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999. Znajduje się w niej szereg interesujących esejów na wspomniane tematy. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na jeden z nich, zatytułowany „Spory wokół ewolucji”. Poświęcony jest on dygresjom Autora na temat teorii ewolucji, a ściślej na temat jej spostrzegania, percepcji i problemom, jakie ze sobą niesie. Krzysztof Szymborski wskazuje również na kilka jego zdaniem interesujących poziomów kontrowersji związanych z ewolucjonizmem. [1]

Zaczyna się standardowo, czyli od afirmacji doniosłości i wszechogarniającej mocy wyjaśniającej ewolucjonizmu:

Wśród wielkich naukowych idei, jakie pozostawił nam w spadku dziewiętnasty wiek, żadna nie jest dziś bardziej doniosła niż Darwinowska teoria ewolucji gatunków biologicznych na drodze doboru naturalnego. Pomimo upływu czasu — a może dzięki niemu — koncepcja ewolucji nie utraciła nic ze swej żywotności. W końcu dwudziestego stulecia darwinizm wykroczył daleko poza biologię. Socjobiolodzy odwołują się do niego, próbując wyjaśnić mechanizmy naszych społecznych zachowań, psycholodzy ewolucyjni uważają go za klucz do zrozumienia indywidualnych cech osobowości, neurobiolodzy traktują ludzki mózg jako produkt procesu ewolucyjnego. Koncepcja doboru naturalnego znajduje nawet zastosowanie w naukach ekonomicznych i w kosmologii. Najważniejszym jednak dowodem żywotności darwinizmu pozostaje fakt, ze jest on nadal zdolny prowokować zażarte polemiki.

Szymborski najpierw za przykład tych „zażartych polemik” daje reakcje żony biskupa Worchester, która na wieść o koncepcji Darwina miała powiedzieć: „Człowiek pochodzi od małpy? Mój Boże, miejmy nadzieję, że to nieprawda. A jeśli to prawda, to módlmy się, żeby nie stało się to powszechnie znane”. Autor konkluduje, że co prawda z tego, że ewolucjonizm stał się powszechnie znany, bynajmniej koniec świata nie wynikł, tym niemniej — przekornie dodaje — wygląda na to, że modlitwa zacnej damy została wysłuchana. Mniema tak z powodu tego, że choć teoria ewolucji jest dziś u szczytu popularności, jej akceptacja daleka jest od powszechnej. Wnioskuje tak, ponieważ:

Nawet wśród tych, którzy deklarują swą dla niej przychylność, jest ona często mylnie interpretowana, a jej zasadnicze konsekwencje są nadal przedmiotem zażartej debaty wśród samych ewolucjonistów.

I tutaj K. Szymborski przechodzi do omówienia kilku problemów związanych z ewolucjonizmem. Posiłkuje się przy tym Laurence'em Hurstem, profesorem genetyki ewolucyjnej z Uniwersytetu w Bath, który „wreszcie czuje, iż jest ozdobą salonów, ponieważ kulturalni ludzie, którzy do niedawna uważali wszelkie konwersacje na tematy naukowe za śmiertelnie nudne, ni stąd, ni zowąd mogą bez końca i z wielka swadą rozprawiać o teorii ewolucji. Ewolucja jest niewątpliwie w modzie” — stwierdza. Ten nagły rozkwit popularności darwinizmu, wyznaje Hurst, jest dla niego zjawiskiem zagadkowym. Z naukowego punktu widzenia teoria ewolucji niewiele się zmieniła w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Skąd więc ta różnica w społecznej percepcji? Przyczyny jej muszą być pozanaukowe. Każda kultura posiada swój mit stworzenia, sugeruje Hurst, i darwinizm najwyraźniej stał się takim właśnie współczesnym mitem, odpowiadającym naszym głębokim duchowym potrzebom.

Mitologizacja ewolucji obok swoich zalet niesie jednak wiele zagrożeń. „Popularność ma jednak swą cenę — będąc przedmiotem niezliczonych popularnych prezentacji, teoria ewolucji jest często używana jako oręż polemiczny w politycznej debacie. Wielu piszących na jej temat autorów nie posiada stosownych naukowych kompetencji bądź wypowiadając się na jej temat, wykazuje stronniczość” — stwierdza Hurst i przechodzi do krótkiego omówienia kilku problemów zagrażających ewolucjonizmowi. Najpierw wspomina o tautologicznym ujęciu doboru naturalnego:

Ewolucja jest wypadkową dwóch czynników: różnorodności i selekcji. Różnorodność (tzw. zmienność genetyczna) jest dziełem czystego przypadku, selekcja zaś, czyli dobór naturalny, to eliminacja (na ogół powolna i stopniowa) osobników gorzej dostosowanych. Jest to idea zwodniczo prosta, która — zdaniem części naukowców — zawiera w sobie logiczny błąd tak zwanego błędnego koła (petitio principii). Czym bowiem jest "dostosowanie"? Zdolnością do przetrwania i rozmnażania się. A kto jest zdolny do przetrwania i rozmnożenia? Oczywiście — osobniki "dostosowane”.

Ale to i tak jeszcze stosunkowo mały problem, bowiem najzacieklejsi przeciwnicy teorii Darwina nie zawracają sobie głowy jej logicznymi niuansami.

Ich sprzeciw budzi sama idea, że wspaniałe bogactwo świata ożywionego oraz rodzaj ludzki, będący jego największą ozdobą i stróżem, są dziełami przypadku i ślepych sił przyrody. Koncepcja "specjalnego stworzenia", odrębnego pochodzenia człowieka, skonstruowanego przez Stwórcę na jego "obraz i podobieństwo", znalazła się od początku w centrum sporów, które bardzo wcześnie nabrały też charakteru wewnętrznej kontrowersji ewolucjonistów.

Istota tej wewnętrznej kontrowersji miała polegać na tym, że niedługo po prezentacji teorii Darwina, jego współpracownik, Alfred Russel Wallace, doszedł do przekonania, że choć ludzkie ciało jest produktem doboru naturalnego, to ludzka inteligencja przekracza poziom niezbędny dla biologicznego przetrwania — a zatem została nam darowana przez Istotę Wyższą. Zmartwiony jego częściową dezercją Darwin napisał do Wallace`a: „Mam nadzieję, że nie zamordował Pan aż nazbyt skutecznie swego własnego i mojego dziecka”. 140 lat później od tego wydarzenia w sporze ortodoksyjnych darwinistów (ciekawe użycie słów: ortodoksyjny to pewno trzymający się nauki w przeciwieństwie do nieortodoksyjnego czyli np. teistycznego ewolucjonisty) z kreacjonistami nie posunęliśmy się właściwie wiele dalej.

Choć — jak stwierdza Szymborski:

przeważająca większość radykalnych kreacjonistów rekrutuje się dziś z kręgów religijnych fundamentalistów, których antyintelektualizm stawia poza forum naukowej debaty, nie brak wśród krytyków Darwina także ludzi wykształconych i umysłowo wyrafinowanych.

W swym eseju wymienia trzy takie persony: Phillipa Johnsona, autora „bardzo poczytnej pozycji” Darwin on Trial [2]; Michaela Behego, twórcy Darwin's Black Box [3] i Davida Berlinskiego, wykładowcy matematyki i filozofii, który w czerwcu 1996 r. opublikował w miesięczniku Commentary sążnisty artykuł zatytułowany "The Deniable Darwin" [4] [Darwin, któremu można zaprzeczać].

K. Szymborski sądzi, że pomimo erudycji trzech wymienionych autorów, w zmaganiach zwolenników nadprzyrodzonej ingerencji z darwinistycznym materializmem odgrywają oni raczej skromną rolę szeregowych żołnierzy. Sytuacja natomiast komplikuje się, ponieważ „wśród rzeczników boskiej opatrzności — zwanej inteligentnym projektem (intelligent design) Wszechświata — znajdują się również laureaci Nagrody Nobla”, jak fizyk i twórca teorii lasera, Charles Townes (Nagroda Nobla 1964), który wyznał:

Czym więcej wiemy o kosmosie i biologii ewolucyjnej, tym bardziej wydają się nam one niemożliwe do wyjaśnienia inaczej niż jako produkt inteligentnego zamysłu,

natomiast belgijski cytolog Christian de Duve (Nagroda Nobla 1974) opowiada się w swej książce Vital Dust: Life as a Cosmic Imperative [Życiodajny pył: życie jako kosmiczna konieczność] za Wszechświatem „sensownym, a nie rządzonym przez czysty przypadek”.

Ale zagrożenie ze strony kreacjonizmu blednie wobec innego — znacznie bardziej zaskakującego niebezpieczeństwa. Otóż wydawać by się mogło, że — tak jak w XIX stuleciu — darwinizm jest „naukową ideologią” postępowych ludzi lewicy. A jednak nie do końca tak jest. „Jakiś rok temu Barbara Ehrenreich i Janet McIntosh, osoby bez wątpienia postępowe, opublikowały w niewątpliwie lewicowym tygodniku The Nation artykuł, w którym ubolewają gorzko nad faktem, że znaczna część amerykańskiej intelektualnej lewicy ma wręcz wrogi stosunek do wszelkich biologicznych teorii. W rezultacie wielu 'postępowych' uczonych, reprezentujących takie dyscypliny jak antropologia, socjologia czy kulturoznawstwo, głosi pogląd, że biologia — a już w szczególności teoria ewolucji — nie mają nic interesującego do powiedzenia na temat istot ludzkich” — ubolewa K. Szymborski. Co więcej „Przekonanie wyrażone przez cytowanego w ich artykule socjologa Alana Wolfe'a (nie mylić z pisarzem Tomem), iż 'biologizowanie ludzkich istot jest nie tylko złym humanizmem, ale także złą nauką', nie ogranicza się zresztą do radykalnej lewicy — sam Alan Wolfe uchodzi za umiarkowanego centrystę”.

Jak piszą Ehrenreich i McIntosh, dopiero jednak:

z nadejściem intelektualnego ruchu znanego pod zbiorczym określeniem "postmodernizmu" akademicki antybiologizm przybrał formy niebezpiecznie przypominające religijny kreacjonizm. Postmodernistyczne podejście wychodzi poza krytykę [politycznie motywowanych] nadużyć biologii i posuwa się do krytyki samej biologii, rozszerzając ową krytykę na całą naukę i na samą ideę racjonalnego myślenia.

Nierzetelnie interpretując teorię ewolucji, narzekają dalej wspomniane autorki:

postmoderniści uznają ją za niewiele więcej niż charakteryzującą się seksualną dyskryminacją i rasizmem opowieść, będącą tworem białych europejskich mężczyzn.

Te ataki na ewolucjonizm z „obu skrzydeł” tj. ze skrzydła fundamentalizmu religijnego i lewicowej ideologii politycznej poprawności, o czym pisze sam Szymborski, czynią jego wcześniejsze zapewnienia o wielkim sukcesie darwinizmu gołosłownymi. „W istocie sytuacja darwinizmu jest skomplikowana” – przyznaje. „Bardziej niż krytyka ze strony kreacjonistycznych fundamentalistów i postmodernistycznych radykałów publiczny wizerunek teorii ewolucji komplikują wewnętrzne spory między jej najbardziej znanymi rzecznikami”.

Jeśli chodzi o spory wewnątrz ewolucjonizmu, Laurence Hurst — na którego powołuje się K. Szymborski — oświadcza, że:

nikt, kto zabiera głos na temat ewolucjonizmu, nie wyłączając najbardziej kompetentnych uczonych, nie jest całkowicie bezstronny. Każdy z badaczy należy do którejś z konkurujących ze sobą szkół.

Hurst wyróżnia trzy takie szkoły:

Z jednej strony mamy „selekcjonistów”, czyli zwolenników doboru naturalnego: Richarda Dawkinsa, Daniela Dennetta, George'a Williamsa, Edwarda O. Wilsona, [Marka i Matta] Ridleyów, Stevena Pinkera, Jareda Diamonda i Johna Maynarda Smitha. Przedstawiciele tego obozu zajęci są zwykle opowiadaniem, jak zadziwiający jest dobór naturalny i jak to wszyscy jesteśmy produktami ślepych, lecz deterministycznych sił oddziałujących na nasze geny. Gdybym kiedykolwiek zdecydował się na napisanie popularnonaukowej książki, znalazłbym się w ich szeregach.

Po przeciwnej stronie są ci, którzy pragnęliby wszystkich przekonać, że idea doboru naturalnego jest mocno przereklamowana i że w naszym obecnym modelu ewolucji brakuje jakiegoś istotnego elementu – w domyśle: elementu, w którego naturę tylko oni są wtajemniczeni. Znaleźć wśród nich można takich „antyselekcjonistów” jak Michael Behe, Stuart Kauffman, Stephen Jay Gould, Brian Goodwin, Niles Eldredge czy Steven Rose.

Swoją drogą kryterium proponowane przez Hursta sprawia, że ostry krytyk kreacjonizmu S.J. Gould został zaliczony do jednego obozu z kreacjonistą M. Behem, co musi budzić zdziwienie.

"Pośrodku zasiada samotny Steve Jones, człowiek tak uniwersalnie sceptyczny, że gdyby nie posiadał metryki urodzenia, zapewne wątpiłby w swe własne istnienie. Sceptycyzm ten, w moim przekonaniu, jest niezbędnym antidotum na wszelką doktrynalną przesadę” – pisze Hurst. Dalej stwierdza:

Publiczna debata pomiędzy „selekcjonistami” i „antyselekcjonistami” (te etykiety należy oczywiście traktować jako karykaturalne uproszczenie) od lat fascynuje naukowych dziennikarzy piszących na temat teorii ewolucji. Trudno mieć o to do nich pretensje, ponieważ cytowanie uszczypliwości i inwektyw, jakimi posługują się obie strony sporu, nadaje całej dyskusji ludzki wymiar. Kiedy ukazała się bardzo krytyczna wobec Goulda książka Dennetta Darwin's Dangerous Idea: Evolution and the Meaning of Life [5] [Niebezpieczna idea Darwina: ewolucja a sens życia], jeden z największych żyjących brytyjskich biologów Maynard Smith w ogłoszonej w New York Times Review of Books jej entuzjastycznej recenzji wspomniał, niby mimochodem, że wszyscy jego koledzy ewolucjoniści, z którymi rozmawiał na temat prac Goulda, „uważają go za człowieka, którego koncepcje są takim pomieszaniem pojęć, że właściwie nie warto sobie nimi zawracać głowy – choć jednocześnie nie należy go publicznie krytykować, ponieważ w konfrontacji z kreacjonistami jest on przynajmniej po naszej stronie”.

Gould, który jest nie tylko wysoko cenionym naukowcem, lecz także utalentowanym eseistą, nie pozostał mu dłużny, pytając go na tych samych łamach, „dlaczego, skoro uważa, że 'koncepcjami jego nie należy zawracać sobie głowy', sam ogłosił na ich temat liczne artykuły liczące w sumie pewno dziesiątki tysięcy słów?”. Jeszcze mocniej oberwali od niego Dennett i Dawkins. „Richard Dawkins — napisał Gould — trywializuje idee Darwina (...) Dennett zaś, występujący jako jego amerykańska tuba, zdołał jego już wypaczoną i nieprawdopodobną interpretację przetworzyć w jeszcze bardziej prostacką i bezkompromisową doktrynę”. Jonesowi z kolei powierzone zostało honorowe zadanie napisania nowej, współczesnej wersji wielkiego dzieła Darwina i sytuuje się on gdzieś pośrodku pomiędzy tymi stanowiskami.

Konkluzja całego eseju K. Szymborskiego jest już ewolucyjnie poprawna. „Spór ten zresztą, jak wskazują wszelkie oznaki, nie zmniejszył publicznego zainteresowania teorią ewolucji — może nawet przyczynił się do jego wzrostu. Bo rzeczywiście, pomimo wszystkich zastrzeżeń i wątpliwości, przynajmniej gdy idzie o naukowe wyjaśnienie bogactwa i różnorodności form ziemskiego życia i pochodzenia naszego własnego gatunku, darwinizm, jak mawiają Amerykanie, jest 'jedyną grą w mieście'” — podsumowuje K. Szymborski.

Sam fakt, ze w eseju tym znalazło się jednak kilka ciepłych słów pod adresem niektórych kreacjonistów, już jest interesujący. Ciekawe, że padają czasem stwierdzenia, powtórzone także przez K. Szymborskiego, że:

(...) być może tym właśnie tłumaczy się jej [teorii ewolucji] witalność — zarówno koncepcje bez wątpienia słuszne, jak i bezsprzecznie błędne są, w gruncie rzeczy, mało interesujące. Prawdziwie wielkie idee tak długo są żywe, jak długo prowokują nas do myślenia i dyskusji.

Ewolucjonizm więc jako prowokacyjna idea, która w gruncie rzeczy mniej istotne, czy jest prawdziwa, czy nie, grunt, że „prowokuje nas do myślenia i dyskusji”?

Michał  Ostrowski

Przypisy

[1] Wszystkie cytaty podaję za: http://www.wiw.pl/Biologia/Ewolucjonizm/PsychologiaEwolucyjna/Esej.asp?base=pnźr&cp=1&ce=2

[2] Phillip E. Johnson, Darwin on Trial, InterVarsity Press, Downers Grove, Illinois, 2nd edition, 1993. Tłumaczenie polskie: Phillip E. Johnson, Sąd nad Darwinem, Oficyna Wydawnicza "Vocatio", Warszawa 1997.

[3] Michael Behe, Darwin's Black Box: The Biochemical Challenge to Evolution, The Free Press, New York - London - Toronto - Sydney - Singapore 1996.

[4] David Berlinski The Deniable Darwin, Commentary 101, no. 6, June 1, 1996

[5] Daniel C. Dennett, Darwin's Dangerous Idea: Evolution and the Meaning of Life, Simon & Schuster 1995.

Źródło: Na Początku... nr 4/2001, s. 100-106.

Document Actions
« February 2020 »
February
MoTuWeThFrSaSu
12
3456789
10111213141516
17181920212223
242526272829